Złota Jedenastka, upadek i zmartwychwstanie, czyli węgierski futbol w pigułce – kim są rywale Polaków?

Marcin Bratkowski
Węgierski futbol, czyli „Złota Jedenastka”, upadek i zmartwychwstanie Neftali/shutterstock.com
Niewiele krajów pod względem piłkarskim wrzuciło na przestrzeni lat swoich kibiców na taki emocjonalny rollercoaster, jak nasz najbliższy rywal w eliminacjach mistrzostw świata. Węgierska „Złota Jedenastka” potrafiła zmiażdżyć Anglię na Wembley, sięgnąć po olimpijski tytuł i zdobyć srebro na mundialu w Szwajcarii, które zostało w kraju odebrane jako klęska. To ich sposób gry był inspiracją dla Kazimierza Górskiego. Późniejszy upadek Madziarów był równie spektakularny, co ich wzlot. Wystarczy powiedzieć, że naszych bratanków zabrakło na ośmiu ostatnich mundialach. Czy przełamią tę niemoc? Najważniejszą przeszkodą będą Biało-Czerwoni.

Dwa dni po Święcie Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, na Puskas Arenie odbędzie się spotkanie piłkarskie, w którym nie będzie mowy o odstawianiu nóg. Biało-Czerwoni, z debiutującym selekcjonerem Paulo Sousą nie mają czasu na rewolucyjne zmiany taktyki, bo strata punktów w Budapeszcie może być kluczowa dla losów awansu na mundial. Z kolei dla Madziarów, którzy od 1986 roku nie grali w mistrzostwach świata, udany początek eliminacji może być paliwem napędowym, które pozwoli im nawiązać do złotych czasów, kiedy przed ich drużyną piłkarską drżał cały świat.

Madziarzy nie będą faworytami, ale mogą pokusić się o niespodziankę, która da im wymarzony start w wyścigu o mundial w Katarze. Czy mogą mieć do tego lepsze miejsce niż stadion nazwany imieniem Ferenca Puskasa, lidera „Złotej Jedenastki” i najwybitniejszego węgierskiego piłkarza w historii?

Dominatorzy, którzy ośmieszyli Anglię

Kiedy Kazimierz Górski, jeszcze jako piłkarz Legii, mierzył się w turnieju drużyn wojskowych krajów socjalistycznych z Honvedem Budapeszt, po raz pierwszy zetknął się z potęgą węgierskiego futbolu. To był 1950 rok, dwa lata przed tym, gdy „Złota Jedenastka” faktycznie się ozłociła na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach. Naprzeciwko przyszłego „Trenera Tysiąclecia” biegali między innymi Ferenc Puskas, Sandor Kocsis, Laszlo Budai, czy Jozef Bozsik. Legia przegrała 2:4, dołączając do szerokiego grona zespołów, które w kolejnych latach zebrały lanie od Węgrów: reprezentacji Polski, która przed wylotem Węgrów do Helsinek została przez nich rozbita w Warszawie aż 1:5, czy Anglików, którzy przegrali 3:6 na Wembley, żeby w rewanżu w Budapeszcie do reszty się skompromitować, tracąc siedem bramek i zdobywając tylko jedną.

W latach 50. nie istniał na świecie bardziej nowoczesny i skuteczny sposób grania w piłkę nożną, niż ten wymyślony przez Węgrów. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie wymienione spotkania, które z bliska śledził Górski, złote czasy dla polskiego futbolu mogłyby nigdy nie nadejść.

– Na czoło wybija się ich świetna technika użytkowa. Nie ma u Węgrów ani odrobiny gry na pokaz, nie ma też cyrkowych popisów... Posiadaną technikę każdy piłkarz węgierski w najwyższym stopniu wykorzystuje z pożytkiem dla całego zespołu – analizował Trener Tysiąclecia.

Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach, pod względem piłkarskim, były popisem jednej drużyny. Madziarzy na drodze do złota rozbili po kolei: Rumunię, Włochy, Turcję, Szwecję i Jugosławię, strzelając w całym turnieju 20 goli i tracąc tylko dwa. Ofensywny tercet Kocsis-Puskas-Palotas trafił do siatki rywali aż 14 razy w pięciu spotkaniach. Łącznie w latach 1950-1956 reprezentacja Węgier wygrała 43 mecze, sześć zremisowała i jeden przegrała. Co było kluczem do sukcesu? Według najsłynniejszego piłkarza z tego kraju, istotą była prostota i samodoskonalenie.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

– Nawet kiedy przez lata byliśmy niepokonani, cały czas próbowaliśmy się rozwijać, nie osiadaliśmy na laurach. Staraliśmy się biegać choć odrobinę szybciej, skakać wyżej, strzelać celniej. Na igrzyskach nasz futbol po raz pierwszy pokazał prawdziwą moc. To był prototyp futbolu totalnego. Kiedy mieliśmy piłkę, wszyscy atakowali. W obronie było tak samo – wspominał Ferenc Puskas.

Jednym z jego najsłynniejszych występów był ten na Wembley, wygrany 6:3 przez Węgrów, w którym zdobył bramkę oszukując obrońcę dzięki zatrzymaniu piłki podeszwą. Nigdy wcześniej w swojej historii Anglicy nie przegrali meczu na własnym terenie z zespołem spoza Wysp Brytyjskich. Lanie od Madziarów było dla nich ostatecznym impulsem do unowocześnienia systemu gry i szkolenia. Od tej chwili dopiero uwierzyli, że ktoś może o futbolu wiedzieć więcej od tych, którzy wymyślili grę.

– Przed spotkaniem nie pozwolili nam trenować na Wembley. Wysłali nas na stadion Queen’s Park Rangers, który był gdzieś na wsi. Skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie denerwowaliśmy. Ciśnienie z nas zeszło, kiedy zajrzałem do ich szatni i zobaczyłem Eddiego Taylora, zawodnika bardzo nikczemnego wzrostu. Wpadłem do naszej szatni i zawołałem do kolegów: „Słuchajcie! Wszystko będzie dobrze, mają kogoś mniejszego nawet ode mnie.” – opowiadał Puskas.

W drodze powrotnej z Wysp Brytyjskich do domów, Węgrzy mieli w Paryżu przesiadkę na inny pociąg. Kapitan „Złotej Jedenastki” opowiadał, że Francuzi wiwatowali na ich cześć, jakby sami wygrali to spotkanie.

Cud w Bernie czy zdrada?

W statystykach „Magicznych Madziarów” z lat 50., jedna rzecz wyłamuje się z normy – ta jedna, jedyna porażka. Chodzi oczywiście o finał mistrzostw świata z 1954 roku z Niemcami, który został ochrzczony „Cudem w Bernie” i do dzisiaj jest wspominany jako jedna z największych piłkarskich sensacji w dziejach i dowód na prawdziwość powiedzenia, że „piłka nożna to taka gra, w której 22 zawodników biega po boisku przez ponad 90 minut, a na końcu wygrywają Niemcy”.

W pierwszej rundzie tego samego turnieju Węgrzy rozsmarowali RFN po boisku. Zwycięstwo 8:3 nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do klasy obu zespołów. W finałowym starciu po pierwszych minutach zapowiadało się na jeszcze poważniejszą masakrę, bo zespół węgierski prowadził 2:0 po golach Puskasa i Czibora. Niemcy potrzebowali jednak tylko 10 kolejnych minut na doprowadzenie do remisu. Tuż przed końcem spotkania, pomimo huraganowych ataków Madziarów, to RFN wyszedł na prowadzenie. Końcowe minuty były pełne kontrowersji: od domniemanego faulu na węgierskim bramkarzu przy zwycięskim golu, przez nieuznaną – raczej niesłusznie, przez błąd walijskiego liniowego – bramkę Puskasa na 3:3, aż po możliwy faul w ostatniej minucie meczu w niemieckim polu karnym na Kocsisu.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

– Co mieliśmy zrobić? Pobić liniowego? Byliśmy wściekli. Nasi kibice dołączyli po meczu do chóru niezadowolonych, a policja i wojsko prosiły, żebyśmy nie wychodzili bez potrzeby z domów, tak duże było niezadowolenie w narodzie. Starałem się nie słuchać co się o nas mówi, bo chyba bym oszalał. Było wiele paranoicznych plotek, teorii spiskowych: że sprzedaliśmy mecz za Mercedesy i tak dalej. Ludzie na ulicach patrzyli na mnie jak na trędowatego. Niektórzy są idiotami, nieprawdaż? – pytał Puskas.

Ta porażka, w połączeniu z zaostrzeniem kursu politycznego po krwawym stłumieniu antykomunistycznej rewolucji w 1956 roku, była początkiem końca złotej ery węgierskiego futbolu. Piłkarzy Honvedu, którzy byli podporą kadry narodowej, wieści o rewolucji złapały w trakcie wyjazdu na mecz Pucharu Europy z Athletikiem Bilbao. Piłkarze nie chcieli wracać do kraju. Najlepsi uciekli do Hiszpanii, gdzie po odcierpieniu dyskwalifikacji za ucieczkę zza żelaznej kurtyny, grali w barwach najlepszych klubów. Nandor Hidegkuti zdecydował się wrócić na Węgry, a później był trenerem między innymi... Stali Rzeszów.

Mała stabilizacja i gra do końca

Chociaż zmierzch pokolenia z Puskasem na czele był bolesnym ciosem dla węgierskiego futbolu, obiegowa opinia, w myśl której to był koniec poważnego futbolu w tym kraju, jest błędna. Po „Złotej Jedenastce” przyszły kolejne, może mniej złote, ale wciąż bardzo solidne. Udało im się sięgnąć po brąz Euro 64’, dwukrotnie awansować do ćwierćfinału mundiali i regularnie sięgać po olimpijskie medale.

Kiedy się naprawdę popsuło? Chyba po tym, gdy zafascynowany niegdyś węgierskim sposobem gry w piłkę nożną Kazimierz Górski pokonał Madziarów w finale igrzysk olimpijskich w 1972 roku. To olimpijskie srebro sprzed 49 lat pozostaje ostatnim znaczącym sukcesem dla Węgrów. Od tego czasu zakwalifikowali się do zaledwie trzech z dwunastu turniejów o mistrzostwo świata. Po prostu nie nadążyli – tak jak zresztą i my, tylko nasz kryzys w dobie transformacji trwał zdecydowanie krócej – za idącym do przodu światem futbolu. Kluby popadły w finansową ruinę i straciły jakiekolwiek znaczenie na arenie międzynarodowej, a za tym poszła słabość kadry.

JUŻ IDZIESZ? MOŻE CIĘ ZAINTERESUJE:

Pierwszym światełkiem w tunelu był – wynikający w dużej mierze z powiększenia turnieju – awans na Euro 2016. We Francji Madziarzy, którzy mieli być chłopcami do bicia, spisali się zaskakująco dobrze. Wygrali swoją grupę, w której mierzyli się z późniejszymi triumfatorami całego turnieju – Portugalczykami, a także Austrią i Islandią. W 1/8 finału dostali jednak lanie od Belgów. Na nadchodzące mistrzostwa Europy wślizgnęli się, kiedy nawet tylne drzwi już zamykały im się przed nosem. W finałowym meczu barażowym do 88 minuty przegrywali z Islandią 0:1, żeby w niebywały sposób za sprawą trafień Loica Nego i Adama Szoboszlaia odwrócić losy awansu.

Dużą rolę w odbudowie węgierskiego futbolu ma rząd Viktora Orbana, któremu ze względów propagandowych bardzo zależy na piłkarskich sukcesach i inwestuje duże środki w krajowy futbol. Pierwsze efekty są już widoczne zarówno w futbolu klubowym, jak i reprezentacyjnym. Jednak wedle bukmacherów, to Biało-Czerwoni będą faworytami. Za jedną złotówkę postawioną na wygraną zespołu Paulo Sousy można zarobić 2,10 zł (kursy za zakładami bukmacherskimi Totolotek). Wskaźnik na gospodarzy jest wysoki i wynosi aż 3.98.

Obecnych Madziarów w żaden sposób nie można nazwać „Złotą Jedenastką” i nic nie wskazuje na to, żeby mieli się nią stać. Na pewno jednak są ambitnym zespołem, który może nie wyznacza już – jak w latach 50. – trendów w światowym futbolu, ale na pewno potrafi napsuć krwi najlepszym. – Jesteśmy na zbliżonym poziomie – stwierdził na przedmeczowej konferencji kapitan reprezentacji Polski Robert Lewandowski, ale właśnie za jego sprawą to stwierdzenie jest nieprawdziwe. Węgrzy nie mają żadnego piłkarza, którzy może śnić o grze na poziomie Lewego. Pytanie, jak debiutujący selekcjoner Paulo Sousa będzie potrafił go wykorzystać.

Materiał oryginalny: Złota Jedenastka, upadek i zmartwychwstanie, czyli węgierski futbol w pigułce – kim są rywale Polaków? - Sportowy24

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
prezes

Bardzo fajny artykuł. Szczególnie dla tych, którzy pamiętają, choć trochę tamte czasy. My uczuliśmy się gry w piłkę od Węgrów. Zobaczymy, czy oni teraz będą się uczyć od nas?

Dodaj ogłoszenie