Zygmunt Miłoszewski: Chęci do pisania to ja nie mam nigdy

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
Sylwia Dąbrowa
Gdybym pisał tylko wtedy, kiedy mam chęć, tobym nie napisał akapitu. Ale, myślę, że ci pisarze i pisarki, którzy tak mówią, używają pewnej przenośni, bo nie da się pisać cały czas. Ja praktycznie tak robię: siedzę, myślę, piję kawę za kawą. Mam na imię Zygmunt, jestem uzależniony. Jestem uzależniony od kawy. Udało mi się z różnych rzeczy w życiu zrezygnować. Ale kawa to jest coś innego. Próbowałem rzucić kawę i miałem syndrom odstawienia - mówi pisarz Zygmunt Miłoszewski

Strasznie zabiegany jesteś ostatnio. I z tego co wiem, nie tylko piszesz.

Nie denerwuj mnie. Jestem w połowie książki, ja w histerii, wydawca - delikatnie mówiąc - zaniepokojony, a ja się realizuję jako działacz społeczny. Wiem dlaczego, to wszystkie ważne rzeczy, a jako stary lewak wierzę, że sukces to jest jednak zobowiązanie, że należy spłacić dług zaciągnięty wobec społeczeństwa. No to działam, jako przedstawiciel świata kultury, jako przedstawiciel świata literackiego, jako sekretarz Unii Literackiej, czyli naszego związku branżowego. Walczymy o różne rzeczy.

O co walczycie właśnie?

Teraz jesteśmy wszyscy na froncie walki o coś, co się nazywa ustawa o uprawnieniach artysty zawodowego, co oczywiście nikomu nic nie mówi, ale w skrócie chodzi o to, żeby uwidocznić naszą grupę zawodową w systemie ubezpieczeń społecznych. Mało kto wie, że jest ona kompletnie niewidoczna. My w ogóle nie istniejemy. Chodzi o to, żeby nas uwidocznić w systemie, żeby nam pozwolić się ubezpieczać, co teraz jest dość skomplikowane, chyba, że chcemy założyć firmę, na co praktycznie nikogo z nas nie stać. Chcemy też pomóc tym, którzy radzą sobie gorzej, dopłacając do ich składek ubezpieczeniowych. Tak to wygląda. Mamy przeciwników, ale będę się upierał, że walka o polską kulturę, to jest jednak działalność patriotyczna. Mam przez to różne rozkminy i wiesz co?

Co?

Uczestniczę w różnych spotkaniach, jako działacz społeczny, jako lobbysta, często w typowych politycznych nawalankach. I dobrze, nie uważam, że polityka, to brzydkie słowo. Polityka, to działalność publiczna, sztuka przekonywania innych do rozwiązań, w które wierzymy, że są dobre. I przy okazji tych różnych nawalanek zdałem sobie nagle sprawę, jak ważne jest dla mnie to, że piszę po polsku. Nigdy nie myślałem chyba o tym, traktowałem język jako narzędzie i tyle.

Dlaczego tak to dla ciebie ważne?

Wiem, jak to wygląda, że goście od tatuaży z kotwicą i „Bóg, honor i Ojczyzna” zabrali sobie patriotyzm. Ale większość z nas, tych strasznych lewaków, LGBT-ów, dziwaków, wegetarian, feministek i feministów, z których składa się polska bohema - my to wszystko, co robimy, robimy z głębokiego patriotyzmu. Jesteśmy łasi na atencję, jasne, chcemy, żeby ludzie nas podziwiali, żeby nas czytali, żeby nas oglądali, żeby przychodzili i mówili, jacy jesteśmy fantastyczni, ale to nie wszystko. Jesteśmy spadkobiercami jakiejś tradycji, pałeczką w sztafecie polskiej tożsamości i to też nas napędza. Jak mówiłem, polszczyzna jest narzędziem, tak jak dla stolarza młotek i hebel, dla kucharza patelnia - ale nagle nabrało dla mnie znaczenia, kto ten młotek trzymał przede mną. Że tak, jak ja zostałem ukształtowany przez to, co napisano w przeszłości, to być może przyszłe pokolenia fantastycznych, międzynarodowych, mistrzowskich twórców zostanie ukształtowane przez to, co piszemy, moje pokolenie, niekoniecznie ja.

Starcza ci jeszcze czasu na pisanie?

O matko, daj mi spokój. Mówiłem, że to drażliwy temat. Siedzę w rozgrzebanej powieści dla dzieci, takich w wieku 8-12 lat, która jest dystopią fantastyczną. Lubię ten gatunek, a dla dzieci piszę dlatego, bo piszę dla swoich. Po debiucie, moja córka, która miała wtedy około 10 lat, zażądała, żeby tata, skoro jest pisarzem, napisał książkę o księżniczce, która ma przygody. Napisałem wtedy książkę o księżniczce, która ma przygody, ta książka się nawet ukazała, nosi tytuł „Góry żmijowe.” Moje młodsze dziecko osiągnęło ten sam wiek, jakie miała wtedy moja córka i powiedziało: „Hola, hola, przepraszam, ale gdzie dla mnie książka?.” Chłopiec, przedstawił szereg warunków brzegowych, które powinny zostać spełnione w powstającej książce.

Jakie to warunki?

Przygody tak, księżniczka nie. Musi być science fiction i muszą być zwroty akcji. Koniecznie zwroty akcji. Czy ja potrafię. Mówię: „Synu, poczytaj recenzje książek ojca. Ja naprawdę potrafię w zwroty akcji”. Powątpiewa, więc stres jest. Siedzę, dłubię, przypomniało mi się, czemu lubię gatunek powieści fantastycznych, czemu w ogóle lubię gatunek prozy dla dzieci i dlaczego uważam, że to super ważne, żeby dzieciom w tym wieku dać fajne rzeczy do czytania - jeśli chcemy mieć potem czytających, myślących, zadąjących pytania dorosłych. Teraz mnie szlag trafia, bo opowiadam o pisaniu, a to kolejny dzień, który spędziłem na pisaniu maili, na spotkaniach z polityczkami, przekonując je do tego, że rozwiązanie, za którym lobbujemy jest dobre, mimo że zapewne powinienem siedzieć i rzeźbić zwroty akcji.

Pogadajmy więc o tych książkach: skąd bierzesz inspiracje?

Rozumiem, że nie mogę powiedzieć: z dupy?

Pewnie, że możesz!

Obiecuję sobie od wielu lat, być może już ci to kiedyś mówiłem, że znajdę na to pytanie fajną, seksi odpowiedź. Na przykład, że zawsze, kiedy potrzebuję inspiracji, wyruszam razem ze swoim plecakiem w Alpy Włoskie, albo zakładam sztormiak i wypływam sam na ocean i szukam inspiracji wśród szumu fal. Spoglądam w dal i czekam, co przyniesie zachodni wiatr.

Ale oczywiście tak nie jest!

Ale oczywiście tak nie jest, ponieważ ta praca, która ma czasami wiele plusów, ma też swoje minusy. Czuję się czasami jak księgowy fikcji. Inspiracje biorę stąd, że cały czas myślę i cały czas czytam i cały czas się przygotowuję. Żeby nie było, myślę sobie na przykład: dystopia fantastyczna dla dzieci. W porządku. Co by to mogło być? Przychodzi mi do głowy pomysł, żeby akcja książki działa się w kolonii podwodnej. Myślę sobie: ok, spróbujmy. Co potem robię? Przez tydzień czytam o różnych konstrukcjach podwodnych i koloniach podwodnych. Czy ktoś to kiedyś zrobił? Czy ktoś to wymyślił w fikcji? Czy ten pomysł jest zrealizowany? Czy naukowcy pracują pod wodą? Jak wygląda życie człowieka pod wodą? Potem myślę o tym, jak w ogóle wygląda zamknięty ekosystem, czy próbowano robić takie eksperymenty. Oglądam filmy dokumentalne, czytam książki, siedzę godzinami w Internecie, starając stworzyć sobie takie podglebie, sumę informacji, sumę fikcji, sumę wrażeń, na których mogę coś wyhodować.

Praca pisarza to ciężka harówka, a ludzie myślą sobie tak: siada taki pisarz za biurkiem, przychodzi wena i bach, pisze książkę.

Nie powiedziałbym, że to ciężką harówka. Bo, umówmy się, wszystkie zawody artystyczne, pomijając balet, nie są harówką. Szanujmy się, tak? Nie jesteśmy ratownikami medycznymi, nie jesteśmy neurochirurgami, nie jesteśmy górnikami, nie jesteśmy piekarzami. Czuję, że mój zawód jest cholernie dziwny. Że to zajęcie, które jest w jakiś sposób kompletnie zbędne. A propos dystopii, gdyby nadszedł koniec świata, gdyby ludzie zamknęli się w bunkrach, to ja byłbym pierwszym do zjedzenia. Gdyby zaczęły lecieć na nas jakieś rakiety, to kiedy inni będą się zastanawiać, co zabrać ze swojego dobytku, ja się będę nacierał czosnkiem, oliwą i papryką, żeby dobrze smakować, jako pierwszy pożarty w podziemnym bunkrze.

Tylko z tego, co mówisz, wynika, że ludziom niepotrzebne są książki. Potrzebne raczej, co?

Ludziom w ogóle potrzebna jest fikcja. Ponieważ, myślę sobie, być może się mylę, być może mam obsesję przemijania od najmłodszych lat, a mam, uważam, że to jest strasznie nie fair, że jesteśmy taką maszynką do myślenia, taką maszynką do nazywania, taką maszynka do tworzenia i musimy z tą maszynka spędzić jakiś śmieszny czas. Jeśli mamy farta. Pierwsze 20 lat nie wiemy, co się dzieje, ostatnie 20 lat chodzimy od lekarza do lekarza i nas gnaty bolą jak wstajemy z łóżka. To ile zostaje? 40 lat? 30 lat? Krótko. Żeby nie oszaleć, bo wiemy, że to tak krótko, potrzebujemy fikcji. Potrzebujmy przygód, tego, czego nie możemy przeżyć sami, bo wiadomo jak życie wygląda - wygląda, jak wygląda. Nie ma się na co obrażać, ale chcielibyśmy mieć te przygody, mieć te zwroty akcji, mieć te romanse, miłości spełnione i te tragiczne, po których będziemy szlochać dwa lata. I przeżyć to wszystko, co przeżywają bohaterowie fikcji. A w życiu wiadomo, czasami coś przeżywamy, czasami nie, przepychamy się z dnia na dzień. I gdzieś tam w tych książkach, filmach dostajemy to, czego nam brakuje. Uważam, że fikcja jest bardzo ważna, co nie zmienia faktu, że pierwszy nacieram się czosnkiem i oliwą. Niech zapamiętają pierwszy posiłek z Miłoszewskiego.

Sam sobie zaprzeczasz: z jednej strony nacierasz się czosnkiem i oliwą, a z drugiej strony przyznajesz, że ludzie chcę fikcji, chcą przygód, miłości, emocji i uniesień, których sami być może nie przeżywają. Chcą przez chwilę znaleźć się w innym życiu, być może lepszym od swojego.

Nie mówiłem, że w życiu lepszym od swojego.

Dobrze, w innym.

W ogóle uważam, że nasze życia są zazwyczaj więcej warte, niż nam się wydaje. Że ważniejsze, niż takie uniesienia z fikcji rodem są codzienne, proste, fajne rzeczy. Oczywiście, że fikcja jest ważna, że ludzie chcą, abyśmy im opowiadali te historie, ale upieram się, że w bunkrze jesteśmy pierwsi do zjedzenia. No i okej, byłby to zaskakująco pożyteczny koniec.

Masz pomysł, który obudowujesz, udokumentowujesz w jakiś sposób i co dalej? Godz. 8.00, śniadanie, siadasz, piszesz 8 godzin. Jak u ciebie wygląda praca? Taki zwykły dzień.

Chciałbym pisać 8 godzin. Wtedy napisałbym mnóstwo literek. Ale jest tak, że jak mam dzień pisania, to staram się siedzieć przy komputerze minimum 6 godzin. Trzy razy po dwie godziny. Czasami przez ten czas napiszę 10 stron, czasami napiszę jedną stronę, czasami napiszę zero stron, ale przynajmniej sześć, osiem godzin myślę tylko o tym. Nawet jeśli jest to myślenie pełne frustracji, bo nic z tego nie wynika, bo nie potrafię iść dalej, to przez ten czas nie piszę esemesów, nie odpowiadam na maile, nie sprawdzam wiadomości, tylko po prostu siedzę. Czasami jest to straszne, ponieważ siedzę jak kołek przez cały dzień i nic z tego nie wynika. Oczywiście teraz jestem bardziej doświadczony, kiedy byłem szczawiem, waliłem głową o ścianę, bo myślałem, że się skończyłem. A teraz po prostu wiem, że czasami tak to wygląda, że czasami proces twórczy polega na tym, że siedzisz jeden, dwa, trzy dni jak kołek i nic z tego nie wynika. Wynika, tylko niektóre rzeczy trzeba przemyśleć.

Zawsze zastanawiałam się nad pisarzami, którzy w wywiadach mówią, że wstają, jedzą śniadanie, siadają przed komputerem i piszą. Nie zawsze można pisać, nie zawsze ma się pomysł, wenę, chęci pisania. Dla mnie jednak praca pisarza nigdy nie była taką, przysłowiową, pracą przy taśmie.

Chęci to ja nie mam nigdy. Gdybym pisał tylko wtedy, kiedy mam chęć, tobym nie napisał akapitu. Ale, myślę, że ci pisarze i pisarki, którzy tak mówią, używają pewnej przenosi, bo nie da się pisać cały czas. Ja praktycznie tak robię: siedzę, myślę, piję kawę za kawą. Mam na imię Zygmunt, jestem uzależniony. Jestem uzależniony od kawy. Udało mi się z różnych rzeczy w życiu zrezygnować, rzuciłem palenie na dobre - nie ma sprawy. Jak chcę, mogę nie pić dowolną ilość czasu - nie ma sprawy. Właściwie przestałem jeść mięso, głównie z powodów etycznych, ponieważ czuję się ssakiem i wiem, że emocje innych ssaków są takie jak moje. Ale kawa to jest coś innego. Próbowałem rzucić kawę i miałem syndrom odstawienia.

Ja mam chyba to samo.

Bóle głowy, migreny, trzęsące się ręce.

Siadasz trzy dni pod rząd przed komputem i nic. Co wtedy robisz? Siadasz przed komputerem czwartego dnia, czy zostawiasz to, robisz coś innego, dajesz sobie czas?

Siadam przed komputerem czwartego dnia. Jestem już na tyle stary i na tyle doświadczony, że wiem, iż jeśli nie potrafię napisać kolejnej sceny, to po prostu dlatego, że nie mam dobrego pomysłu na tę scenę. Oczywiście, mózg wariuje. Wtedy przychodzi mi najwięcej pomysłów na inne powieści, inne historie, inne opowiadania. Mam w głowie całe dialogi, bohaterów, gotowe sceny - wszystko, tylko nie to, co powinienem pisać teraz. Ale ok, wiem, że tak jest - chodzę i myślę: a może tak to napisać, a może inaczej. To brzmi trochę tak, jakbym siedział i czekał na natchnienie. Coś takiego jak natchnienie nie istnieje. Niezależnie, czy chodzi o sztukę kochania, czy o sztukę pisania, czy o sztukę gotowania - one wszystkie opierają się na wiedzy. A nie na natchnieniu, które spływa na ciebie z chmurki.

Odzierasz zawód pisarza z mistycyzmu, romantyzmu, bo niektórzy tak go widzą.

Uważasz, że można się urodzić doskonałym kochankiem, który posiądzie całą swoją wiedzę z natchnienia?

No nie.

A czy można się urodzić doskonałym kucharzem, który posiądzie całą swoją kulinarną wiedzę z natchnienia?

Chcesz powiedzieć, że zawód pisarza, to normalne rzemiosło, którego trzeba się nauczyć?

Jak wszystkiego.

No tak, ale wtedy spora część ludzi byłaby dobrymi pisarzami, a nie jest.

Przede wszystkim, to nie jest łatwy fach. Trzeba bardzo dużo czytać. Trzeba bardzo dużo myśleć. Trzeba się zmuszać do obsesji. Trzeba sobie radzić z kuriozalnie nieregularnymi zarobkami, z krytyką, z odrzuceniem, z niepewnością. Z biedą. Od momentu, kiedy wezmę zaliczkę za książkę do momentu, kiedy będzie wiadomo, ile na niej zarobiłem, może minąć dwa, trzy lata - nawet dla mnie to jest ciężkie, więc jak trzeba być zdeterminowanym, żeby pracować w ten sposób?

Jak dużo czasu zajmuje ci dokumentacja? To co mówiłeś właśnie: oglądanie filmów, czytanie, przeglądanie różnych rzeczy w bibliotece?

Bardzo różnie to bywa. Nie będę się tutaj stylizował, mówił konkretnie - tyle, a tyle. Tak jak Kapuściński powiedział, że trzeba przeczytać sto stron, żeby napisać jedną. Wydaje mi się to cokolwiek przesadne, ale może koledzy reporterzy mają tutaj inne zdanie. Ale na pewno nie da się wszystkiego wyciągnąć sobie z głowy, ja osobiście staram się zawsze dowiedzieć, ile się da o tym, o czym piszę. Do tego stopnia, że kiedy piszę powieść science fiction o kolonii podwodnej i to jest powieść dla dzieci, więc może powinienem sobie odpuścić, skupić się na tych zwrotach akcji, to jednak siedzę dwa tygodnie i czytam różne naukowe dysertacje o podwodnych koloniach, o eksperymentach przeprowadzanych pod wodą, o laboratoriach podwodnych. Nigdy nie wiadomo, czy w tym zalewie informacji, które są mi zupełnie zbędne, nie znajdę jednej, która mi się przyda. I która da mi impuls do wymyślenia fajnej fabuły, do wymyślenia fajnej sceny, jakiegoś - proszę o werble - zwrotu akcji. Pamiętam, czytałem o tym wszystkim i są pewne podobieństwa między zamknięciem pod wodą a zamknięciem w czasie dłuższych lotów kosmicznych. Zacząłem się zastanawiać: kurcze, wiadomo, że ludzie muszą robić eksperymenty, jak działa takie zamknięcie na psychikę człowieka - długotrwale zamknięcie na małej przestrzeni. I okazało się, że są takie eksperymenty, że na przykład Rosjanie zamknęli ludzi na 500 dni, żeby sprawdzić, jak będą się zachowywać. Jest to szalenie ciekawe. Wtedy zacząłem myśleć: może to jest temat, może w książce o kolonii podwodnej tematem nie jest to, jak fizycznie przeżyć, ale to, jak psychicznie wytrzymać w zamknięciu.

To taki zawód, w którym właściwie cały czas się uczysz, czegoś nowego dowiadujesz, prawda?

Nie ukrywam, że dokumentacja to najfajniejsza część tej pracy, można się dowiedzieć rzeczy z nieznanych dziedzin, poznać ludzi, pojechać gdzieś - przy okazji ostatnie książki przeprawiłem się handlowym statkiem przez ocean, odjazd kompletny. Mózg się gimnastykuje bez przerwy, super.

Lubisz sam proces promocji książki? Spotkania autorskie, spotkania z czytelnikami? Bo to różnie bywa wśród osób piszących.

Ja lubię. My w ogóle jesteśmy potwornymi atencjuszami - i nagle przypomina mi się mój terapeuta z dawnych czasów, który w takich chwilach wtrącał: „Jacy my, panie Zygmuncie?” - no więc JA chłonę uwagę jak gąbka. Ten zawód w ogóle wymaga pewnej dozy arogancji, samo uznanie, że jak sobie w głowie wymyślisz jakieś niestworzone historie to one kogoś zainteresują. Uprawiam literaturę, ale w głębi duszy chcę być gwiazdą rock’a. Chcę mieć fanów, chcę mieć fanki, chcę, żeby ludzie mnie uwielbiali i żeby mówili mi, że to, co robię jest zajebiste. I żeby podczas spotkań w bibliotece rzucali staniki na scenę.

Naprawdę? Nigdy bym cię o to nie posądziła!

No a myślisz, że dlaczego artyści zostają artystami? Żeby mieć hasło na wikipedii i pośmiertnie ślepą uliczkę na Białołęce?

Wyobrażasz sobie, co byś robił dzisiaj, gdybyś nie był pisarzem?

Chciałbym zostać instruktorem żeglarstwa. Uczyć ludzi fajnych rzeczy.

Tak lubisz morze?
Obsesyjnie. Ale nie od dziecka, od kilku lat, trochę przez przypadek. Pojechałam na morski rejs w ramach, czegóż by innego, zbierania dokumentacji do „Kwestii ceny”, żeby watki marynistyczne dobrze wypadły. Pomyślałem: „Kurna, pojadę na ten ocean, pożegluję, zobaczę jak to wygląda”. I przyznaję, że podczas tego pierwszego rejsu kilka lat temu, kiedy mi ląd zniknął z oczu, doznałem mistycznego objawienia, nazywanego złośliwie przez wszystkich moich przyjaciół nagłym kryzysem wieku średniego. Oczywiście mają rację, banał jakiś jest w tym wszystkim gościa po czterdziestce, co by chciał coś jeszcze przeżyć, widzę ten banał i mnie on do łez bawi, ale muszę przyznać, że mimo to jest moja neoficka miłość do morza szczera. Jeszcze w niebieskie gramy.

Materiał oryginalny: Zygmunt Miłoszewski: Chęci do pisania to ja nie mam nigdy - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie