Polskie zabawki bawią świat

Tekst i zdjęcia Piotr Schutta
Nie znajdziemy na nich napisu „Made in China”, ale też nie kupimy ich w Polsce. Mimo że tutaj wymyślone i z rodzimego drewna wykonane, bawią się nimi dzieci w Holandii, Niemczech, Danii, we Francji, w USA, Kanadzie i Japonii. To mówi wszystko o jakości polskich zabawek, ale i o naszych możliwościach finansowych.

Nie znajdziemy na nich napisu „Made in China”, ale też nie kupimy ich w Polsce. Mimo że tutaj wymyślone i z rodzimego drewna wykonane, bawią się nimi dzieci w Holandii, Niemczech, Danii, we Francji, w USA, Kanadzie i Japonii. To mówi wszystko o jakości polskich zabawek, ale i o naszych możliwościach finansowych.

Drewno olchy ma ciepły, przyjemny kolor, nie jest zbyt twarde ani toksyczne, a kiedy pęka, ujawnia gąbczastą, bezpieczną strukturę pozbawioną drzazg. Na zabawki nadaje się znakomicie. W niewielkiej fabryczce w Strzelcach Górnych powstają <!** reklama>

z olchy

niewiarygodne rzeczy dla chłopców i dziewczynek: zamki, fortece, warownie, samochody, kuchenki, pralki, łóżeczka, domki, wózki dla lalek. Pakowane są na palety i wyruszają w świat, by bawić dzieci w domach i przedszkolach całej Europy i nie tylko.

W ukrytych za żywopłotem zielonych budynkach dawnej Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej „Promień” właśnie trwa pakowanie towaru dla odbiorcy z Emiratów Arabskich. Kuchenki gazowe, podobne do prawdziwych, tyle że mniejsze i drewniane, trafią do kilku arabskich sklepów z zabawkami, omijając hurtownie, które na pewno zawyżyłyby cenę. Tą zasadą firma Drewart kieruje się od początku istnienia.

W katalogu ceny podane są w euro: pralka - 74 euro, umywalka - 52, kredens - 77, kuchenka - 66, tyle samo dom dla lalek. Łatwo obliczyć, że ich ceny zaczynają się

powyżej 200 zł

i dla polskiego rodzica, który wydaje na zabawki trzy i czterokrotnie mniej niż rodzic we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii - są cenami zaporowymi. Najdroższą pozycją w cenniku jest Fort West, miasteczko z Dzikiego Zachodu. W Polsce trzeba by za nie zapłacić powyżej 700 zł.

Równie zaskakująca jak cena jest jednak jakość tych zabawek. Zamki i warownie wzorowane są na prawdziwych i jak na zabawki, mają pokaźne rozmiary. Warownia wielka: długość 100 cm, szerokość 80 cm, wysokość ponad pół metra, do tego mnóstwo detali i ruchome elementy. Podobnie jest z przedmiotami dla dziewczynek. Kuchenka wysoka prawie na 50 cm, wyposażona jest w 4 palniki i otwierane drzwiczki. Tak samo prezentują się kredens, szafka kuchenna i reszta umeblowania. Jest tu nawet deska do prasowania, stojak-suszarka z klamerkami i żelazko.

- Zawsze starałem się wczuć w moich odbiorców. Przed laty, obserwując siostrzeńca, zauważyłem, że dzieci najbardziej lubią zabawy, w których mogą

naśladować dorosłych.

Dlatego zabawki, które projektuję, są dostosowane do proporcji dziecka - mówi Jerzy Muszyński, sześćdziesięcioparoletni specjalista budowy maszyn i pedagog z wykształcenia. Szczupły, w ciemnoszarym, skromnym sweterku, pochylony nad skoroszytem z odręcznymi rysunkami, nie wygląda na przedsiębiorcę i człowieka sukcesu. Raczej na pasjonata pochłoniętego swoimi wizjami. A wizje są genialnie proste. Wózek w kształcie kota, chodzik w formie buta, zamkowa brama z terkoczącą kratą. Mężczyzna sięga po kolejny segregator i opisując projekt po projekcie nie przestaje gestykulować. Mówi, że szkice powstają w najróżniejszych okolicznościach. To od nich zaczyna się żywot każdej zabawki. Niektóre rysunki na początku wyglądają topornie. Kiedyś były doskonalone na desce kreślarskiej, dziś dopracowuje się je za pomocą programu komputerowego. Potem projekt jest przetwarzany na język maszyn, które dzięki cyfrowej technologii dokonują obróbki drewna z dokładnością do jednej dziesiątej milimetra.

- Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć, że wiem wszystko o drewnie. Ciągle się go uczę i nieustannie jestem zaskakiwany. Nawet o tym jednym gatunku, z którym pracuję od lat, nie wiem wystarczająco dużo, by przestać odnosić się do niego z pokorą. Myślimy, że ścięte drzewo jest martwe, ale to nie do końca prawda. Drewno wciąż pracuje. Trzeba poczuć jego półżywą naturę - mówi Muszyński.

Dokładnie 30 lat temu uparł się, że na tyłach domu rodziców uruchomi produkcję zabawek. Zabawki właściwie pojawiły się przypadkiem, głównie dlatego, że nie wyszedł pomysł z zakładem brązowniczym, na którego powstanie nie zgodził się urząd. Był rok 1982, stan wojenny w Polsce, na rynku brak materiałów i narzędzi. W takich okolicznościach, w maleńkim warsztacie na bydgoskich Bartodziejach, przyszła na świat

marionetka kaczuszka,

ujmująca - mówiąc delikatnie - oszczędną urodą. Wszystko miała drewniane, oprócz sznurków i żyłek, na których trzymały się łapki, korpus i głowa. Kaczka wielkiej kariery w historii zabawkarstwa nie zrobiła, choć w ówczesnych kioskach Ruchu sprzedawała się zadziwiająco dobrze. Ale w tamtym okresie każda zabawka sprzedawała się dobrze. Potem powstał pomysł teatrzyku z zestawem kukiełek do konkretnej bajki. Drewniane ramy składanej sceny wykonywał Muszyński, lalki projektowała i szyła jego żona. W aktorów bawiły sie przedszkolaki w całej Polsce, bowiem firma miała umowę z Centralą Zaopatrzenia Szkół, a dzięki temu zagwarantowaną dystrybucję swoich wyrobów w całym kraju. Rok 1989 był dla Drewartu momentem prawdy - kurczący się krajowy rynek, załamujący sie system centralnego finansowania przedszkoli, ubożenie społeczeństwa - ratunkiem mógł się okazać jedynie rynek zagraniczny. Dzięki prywatnym kontaktom Muszyńskiego z Polakami mieszkającymi za granicą, w 1990 r. pojechało do Niemiec na pierwszy ogień kilkadziesiąt sztuk drewnianej kolejki i domek, specjalnie zaprojektowany na potrzeby nowego rynku zbytu. Potem pojawił się ktoś z Holandii, inni odbiorcy z Niemiec i stopniowo zamówienia zaczęły się mnożyć, a wraz z nimi rosła gama produktów. W 1997 r. firma zmieniła siedzibę i kupiła pierwszą maszynę do obróbki drewna sterowaną cyfrowo.

Dziś fabryka zabawek Drewart wystawia się regularnie na prestiżowych targach zabawek

w Norymberdze,

na których spotkać można więcej polskich producentów niż na branżowych targach w Polsce. To fenomen naszego przemysłu zabawkarskiego. Koniki na biegunach, pluszaki, wózki dla lalek made in Poland dzięki niemieckim targom można spotkać na całej kuli ziemskiej, tylko nie w kraju.

- Sprzedaż w Polsce to dla nas temat trudny i smutny. Próbowaliśmy nawiązać kontakt z krajowymi sklepami, pojawiło się nawet kilku zainteresowanych, ale nic z tego nie wyszło - mówi Jerzy Muszyński. Trzy lata temu firma zaczęła znowu docierać do polskich przedszkoli. Klienci detaliczni jednak po zabawkę Drewartu najbliżej mają do Niemiec, gdzie działa ok. 3 tysięcy sklepów, oferujących wyroby drewniane dla dzieci (w Polsce jest 100 takich sklepów).

Zobacz galerię: Polskie zabawki bawią świat

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie