Premiera Netflix: "Ile warte jest ludzkie życie?", czyli jak się nas wycenia (felieton filmowy)

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

Cenę domu szacuje się prościutko. Samochodu też. Jasne, tak co do grosza, to się pewnie nie da, ale raptem parę parametrów wystarczy, żeby mniej więcej wiedzieć, ile jest wart. Ale jak wycenić ludzkie życie? Te wszystkie osiągnięcia i niezrealizowane aspiracje? Dzieci na utrzymaniu, spłacane kredyty, potencjalne dochody? Ale też to, jakim ktoś jest człowiekiem, jak zmienia bliźnich i świat? „Ile warte jest ludzkie życie?” – cieplutka premiera Netfliksa – to film średnio przyjazny w odbiorze, bo kręcący się wokół spraw prawniczo-finansowych. Ale tak naprawdę zapamiętujemy z niego coś zupełnie innego.

Mamy 20. rocznicę ataku na Amerykę, czyli największej traumy zachodniego świata od dekad - można więc było spodziewać się produkcji okolicznościowych. „Ile warte jest ludzkie życie?” to jednak propozycja szczególna, nie tylko dlatego, że samego ataku prawie tu nie ma. Przede wszystkim film kręci się wokół motywu, o którym mówi się rzadko i niechętnie – finansowych rekompensat dla bliskich ofiar.

Tak więc na starcie poznajemy pana Feinberga, prawnika-magika od zawierania ugód w sprawach odszkodowań. Po tragedii 11 września dostaje robotę, której nikt nie chce, zresztą decyduje się pracować pro bono – ma zarządzać funduszem rekompensat. Sprawa jest niesłychanie istotna dla władz – USA to w końcu kraj prawników, którzy w walce o tysiące odszkodowań mogą rozłożyć gospodarkę, a już na pewno linie lotnicze. Feinberg musi przekonać do funduszu co najmniej 80 proc, uprawnionych, tworzy więc to, co potrafi najlepiej – jeden wzór wypłat, wyceniający roszczenia w oderwaniu od konkretnych przypadków. Tyle, że tym razem to nie będzie takie proste. Szczególnie, że cała sprawa od zarania skażona jest cynizmem: nie chodzi tak naprawdę o zadośćuczynienie, a o ratowanie gospodarki.

Największym sukcesem tej produkcji jest to, że tak niefilmowy temat udało się w ogóle przekuć w film. I oddać w miarę strawnie i zawiłości prawne, i mentalny klincz - bo każde rozwiązanie jest tu niesprawiedliwe, i podział po równo, i wycenianie każdego prezesa i każdego sprzątacza inaczej. Zgrabnie pokazano też kleszcze, w których tkwi Feinberg – z jednej strony mamy rozgoryczenie zwykłych ludzi, z drugiej groźby pozwów ze strony najbogatszych. To jednak tło, bo w filmie najbardziej sugestywne są migawki z zeznań rodzin. O ostatnich telefonach od bliskich, o codziennym życiu, które nagle zniknęło, o dzieciach… Na plus zasługują też niektóre chwyty – cały zamach na WTC oglądamy na przykład poprzez twarz Feinberga, który obserwuje go z okna pociągu… Niestety parę chwytów jest z kolei przegiętych, jak namolna symbolika na zakończenie. Tak sobie rozegrano też dylemat podejścia do wartości życia – od filozoficznego, po z założenia bezdusznie urzędnicze.

Na pewno jednak ten film nie ocalałby, gdyby nie Michael Keaton. Miał do zagrania dość oczywistą przemianę głównego bohatera i zagrał w punkt. Mocno i bez nachalności zarazem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie