Trener, który nie znał drużyny

Sławomir Pawenta
Sławomir Pawenta
29 kwietnia 1970 roku Górnik Zabrze spotkał się w finale Pucharu Europy Zdobywców Pucharów z Manchesterem City. Niestety, ekipa ze Śląska przegrała 1:2 (0:1).

29 kwietnia 1970 roku Górnik Zabrze spotkał się w finale Pucharu Europy Zdobywców Pucharów z Manchesterem City. Niestety, ekipa ze Śląska przegrała 1:2 (0:1).

<!** Image 2 alt="Image 166025" sub="Stanisław Oślizło (przy mikrofonie) był kapitanem drużyny Górnika, która w sezonie 1969/1970 zagrała w finale Pucharu Europy Zdobywców Pucharu. Ślązacy ulegli wówczas Manchesterowi City 1:2 Fot. Grzegorz Olkowski">To był największy sukces klubowej polskiej piłki na europejskich arenach. Od tamtej pory tak daleko nie zaszła żadna drużyna znad Wisły.

Ponad 40 lat temu Jerzy Gorgoń, Zygfryd Szołtysik, Stanisław Oślizło, Jan Banaś, Hubert Kostka czy Włodzimierz Lubański to byli najpopularniejsi polscy piłkarze.

Podopieczni Gezy Kalocsay’a przygodę z PEZP rozpoczęli od dwumeczu z Olympiakosem Pireus. W Grecji był remis 2:2, choć do przerwy Polacy wygrywali 2:0. W rewanżu Górnik nie dał szans rywalom i pewnie wygrał 5:0 (1:0).

<!** reklama>

- W wyjazdowym meczu, przy pewnym prowadzeniu, chyba zlekceważyliśmy rywala - wspomina po latach Stanisław Oślizło, kapitan wybitnej drużyny. - Byliśmy pewni, że na własnym stadionie pewnie rozprawimy się z przeciwnikiem. Tak się stało. Wygraliśmy 5:0 i mogliśmy kontynuować drogę do finału.

Dziecko przy piersi

Kolejnym rywalem zabrzan był Glasgow Rangers. Szkoci nie sprawili problemów polskiej drużynie. Oba spotkania skończyły się wygraną Górnika 3:1. Dodajmy, że śląscy kibice byli pewni wygranej z „Rangersami”. Na trybunach rozwinęli nawet transparent: „Tylko dzieci przy piersi mogą straszyć Rangersi”.

<!** Image 3 alt="Image 166026" sub="Wydarzenie z końcówki kwietnia 1970 roku szeroko były opisywane na łamach prasy. Na zdjęciu czołówka katowickiego „Sportu” Fot. Radosław Kowalski">Na kolejne mecze na europejskich boiskach kibice musieli poczekać do wiosny. W marcu rywalem Górnika był Lewski Sofia.

- W kraju nie mieliśmy warunków, aby się dobrze przygotować do ważnej potyczki - dodał Oślizło. - Wyjechaliśmy na zgrupowanie do Ameryki Południowej. Tam solidnie przygotowywaliśmy się do rywalizacji z Bułgarami. Do kraju przyjechaliśmy w bardzo dobrej formie.

Pierwsze spotkanie, które rozegrano 4 kwietnia 1970 w Sofii dobrze rozpoczęło się dla Polaków. Już w piątej minucie prowadzenie dla Górnika zdobył Zygfryd Szołtysik. Jednak do przerwy 2:1 prowadzili gracze Lewskiego. Siedem minut po zmianie stron Jan Banaś doprowadził do remisu. Wydawało się, że spotkanie zakończy się remisem, jednak w 89. minucie rewelacyjny Georgi Asparuchow przechylił szale zwycięstwa na korzyść swojej drużyny.

- Rewanż ułożył się po naszej myśli - relacjonuje kapitan tamtej drużyny. - Prowadziliśmy 2:0. Goście byli w stanie tylko raz pokonać naszego bramkarza. Dzięki temu udało się awansować do dalszej fazy rywalizacji.

W półfinale Górnik zmierzył się z AS-em Roma. Spotkania z ekipą z „Wiecznego Miasta” to już legenda.

<!** Image 4 alt="Image 166027" sub="Fot. Radosław Kowalski">Pierwszy mecz, rozegrany w Rzymie, zakończył się remisem 1:1 (0:1). Rewanż z Zabrzu miał dramatyczny przebieg. Prowadzenie dla Włochów w dziewiątej minucie uzyskał Fabio Capello (aktualnie selekcjoner reprezentacji Anglii - dop. red.). Wydawało się, że wynik spotkania nie ulegnie zmianie. Ku radości miejscowych kibiców w ostatniej minucie potyczki Włodzimierz Lubański, strzałem z rzutu karnego, doprowadził do wyrównania. Sędzia zarządził dogrywkę.

Na początku dodatkowego czasu gry kibiców śląskiej ekipy w euforię wprowadził ponownie Lubański. Gdy wydawało się, że Górnik zapewni sobie awans do finału, w ostatniej minucie dogrywki Francesco Scaratti strzelił drugiego gola dla Włochów.

W tamtych czasach nie rozgrywano rzutów karnych, a dogrywka musiała przynieść rozstrzygnięcie. O losach do finału miało zdecydować spotkanie na neutralnym terenie. Decydująca potyczka odbyła się we francuskim Strasbourgu.

Samochodami na stadion

- Od początku nam się nic nie układało - powiedział Oślizło. - Autobus, który miał nas zawieść na mecz nie przyjechał. Czekaliśmy na niego godzinę. Byliśmy bardzo zdenerwowani. Okazało trener Romy Helenio Herrero przekazał kierowcy, że jest tylko do ich dyspozycji. Dzięki Polakom, którzy przyjechali nas do hotelu odwiedzić, dotarliśmy w ostatniej chwili na stadion. Wsiadaliśmy po trzech graczy do ich samochodów. Praktycznie bez rozgrzewki rozpoczęliśmy rywalizację.

Decydujące spotkanie także nie przyniosło rozstrzygnięcia (remis 1:1). Dodajmy, że podczas meczu na stadionie zgasło światło.

- Podejrzewałem o tę sprawkę szkoleniowca Romy - przyznaje obrońca Górnika. - Myślałem, że dogadał się z gospodarzem obiektu. Teraz trudno go o to winić, bo sprawa nie została do końca wyjaśniona.

O losach awansu musiał przesądzić rzut żetonem.

- Sędzia trzymał w ręku żeton - stwierdza Oślizło. - Szybko wskazałem zieloną stronę. To kolor nadziei. Gdy sędzia wyrzucił go w powietrze, to przeżyłem najdłuższą chwilę w życiu. Kiedy zobaczyłem, że mój zespół awansował do finału, to z radości pobiłem chyba rekord w skoku wzwyż. Bardzo się cieszyliśmy. Jednak, jak się później okazało, podczas losowania wokół nas było sporo kibiców. Część zawodników Górnika zeszła już do szatni. Dopiero po głośnych krzykach zorientowali się, że ich zespół awansował do finału. Na stadionie było sporo polonii. Do tego muszę dodać, że miejscowi kibice też byli za nami.

Gracze Górnika nie mieli zbyt wiele czasu na przygotowanie się do wiedeńskiego finału z Manchesterem City. Po powrocie z Francji trenowali tylko kilka dni. Natomiast Anglicy, po wyeliminowaniu Schalke 04 Gelsenkirchen, na odpowiednie przygotowanie się do finału mieli dwa tygodnie.

Na spotkanie finałowe z piłkarzami wybrały ich małżonki i narzeczone. Zawodnicy do Austrii polecieli, a partnerki życiowe w podróż wyruszył autobusem. W dni meczu zawodnicy ze swoimi kobietami ruszyli do centrum na zakupy.

- Znaliśmy Wiedeń - opowiada Oślizło. - Kilka razy tam graliśmy w różnych pucharach. Zrobiliśmy zakupy m. in. na słynnym Mexicoplatz.

Niestety, w wieczornym finale lepsi 2:1 (2:0) okazali się gracze z Wysp. Warto dodać, że potyczka odbyła się przy sporych opadach deszczu.

- Nie chciałbym po raz drugi w takiej scenerii rozgrywać ważnego meczu - wspomina kapitan Górnika. - Padał mocno deszcz. Do przerwy przegrywaliśmy 0:2. Jedna z bramek padła po moim błędzie. Jedno z podań uprzedził Anglik, który później wywalczył rzut karny. Czuję się winny. To była prosta piłka. Po zmianie stron zagraliśmy ofensywnie. Udało mi się strzelić kontaktowego gola. Jednak na więcej zabrakło czasu. Po finale najwięcej pretensji miałem do zarządu klubu. W ważnym momencie zmienili nam trenera. W finale prowadził nas Michał Matjas, który w ogóle nie znał zespołu. Ustawił nas bardzo defensywnie, a my tak nie potrafiliśmy grać. Wtedy, po raz pierwszy w karierze, zwróciłem uwagę trenerowi. Na szczęście posłuchał.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie