Trzy światy, jeden koniec. RECENZJA "SPOD EKRANU":...

Trzy światy, jeden koniec. RECENZJA "SPOD EKRANU": "Kamerdyner" Filipa Bajona

Mariusz Załuski

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Tak naprawdę, to niewiele o nich wiemy. Choć od naszego fyrtla mieszkają raptem o rzut beretem, to mam wrażenie, że więcej wiemy o góralach, niż o Kaszubach... Ot, taka etnokraina po drodze do Gdańska, urocza ciekawostka z jeziorami i napisami w dziwnym języku. Do tego kultura nasza kochana - ani ta wysoka, ani ta pop - jakoś specjalnie nam w poznawaniu Kaszubów nigdy nie pomagała. Nie wiem też, czy pomoże nam „Kamerdyner” Filipa Bajona. Bo to opowieść o tych Kaszubach, których już nie ma.
To bowiem opowieść o krainie, w której zlepiał się świat niemiecki, kaszubski i polski. W której gotowały się trudne związki, bo w końcu kultura kaszubska tkwiła w imadle kultur silniejszych, do tego zawsze obwieszona podejrzeniami każdej z nich, że bliżej jej do tej drugiej... Ale w tym świecie funkcjonowano jednak razem, a pokoleniami wypracowano relacje, czasami dla nas - ludzi z wbitymi w głowy stereotypami - bardzo zaskakujące.


Filip Bajon wie, jak opowiadać historie i świetnie czuje się w kinie kostiumowym, ale „Kamerdyner” na kolana mnie nie rzucił, tak jak kiedyś jego „Magnat”. I tak sobie dumam, że chyba dobrze byłoby poczekać na serial, bo taka epicka opowieść o pół wieku koegzystencji trzech kultur, znacznie lepiej wybrzmiałaby, gdyby dano jej trochę oddechu.

ZOBACZ TEŻ


No ale zacznijmy od plusów. Na pewno możemy dotknąć niezwykłej wspólnoty dawnych Prus. I ani przez chwilę nie czujemy fałszu w kadrach, jak to się często w kostiumówkach zdarza. Do tego mamy jeszcze niezłe zdjęcia i kilka mocnych sekwencji, jak mord w Lasach Piaśnickich, pokazany sugestywnie, choć w nieco odrealnionej tonacji. W Lasach Piaśnickich zginęli Polacy, Kaszubi, ale i wielu Niemców, zwiezionych choćby z zakładow psychiatrycznych - i trochę szkoda, że to lepiej nie wybrzmiało. Jeśli chodzi o wymowę filmu, to nienachalnie pokazał pan Bajon to, skąd się bierze i to wielkie, i to bardzo małe zło... Niby nic nowego, a wrażenie robi.

No a minusy? Mamy tu kilku głównych herosów dramatu, niestety o kilku za dużo. Jest kaszubski król, jest pruski junkier, jest rozkochana para, jest hrabina... Trudno nam się z kimś związać, zarówno jeśli chodzi o czarne, jak i białe charaktery. No a ten melodramat pałacowy z mezaliansem... Mówiąc szczerze kompletnie niczym nas nie zaskakuje.

Spod ekranu: CZYTAJ WIĘCEJ - klijnij

Tak więc wszystko zaczyna się w roku 1900, a kończy w 1945. Śledzimy perpypetie rodziny von Kraussów, Kaszuba Bazylego Miotke, wielką miłość Marity i Matiego. Losy ludzi na kresach ich świata, których wielka historia nie oszczędza.

Pan Adam Woronowicz gra junkra, tak, że berety z głów. Pan Janusz Gajos gra Bazylego – niby wioskowego mędrka, a tak naprawdę prawdziwego mędrca - i to tak, jak zwykle. Czyli po prostu kapitalnie. No, może jedna rzecz jest inna niż zwykle, bo gra po kaszubsku. No ale tego, to już ocenić nie potrafię.

Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo