Zielone lata, czerwone czasy

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Udostępnij:
Cóż, każdy z nas przeżywał taki czas. No, może nie do końca każdy, bo w końcu świat pełen jest dzisiaj wiecznych niedorostków, co to dusze nastolatków mają do samiutkiej emerytury. Ale większość z nas przeżywała to na pewno.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/zaluski_mariusz.jpg" >Cóż, każdy z nas przeżywał taki czas. No, może nie do końca każdy, bo w końcu świat pełen jest dzisiaj wiecznych niedorostków, co to dusze nastolatków mają do samiutkiej emerytury. Ale większość z nas przeżywała to na pewno. Czas dojrzewania, kiedy to ze świata dziatwy wpadamy w świat jak najbardziej dorosły, z wszystkimi jego wyzwaniami i traumami. Niektórym pokoleniom to wpadanie przypadło do tego na epoki tak dramatyczne, że dojrzewać trzeba było i szybko, i wyjątkowo wszechstronnie.

<!** reklama>„Mała matura 1947” opowiada właśnie o takiej epoce. Przed chwilą skończył się hitleryzm, a stalinizm jeszcze na dobre się nie rozkręcił. To te trzy lata zawieszenia, pełne nadziei, bo w końcu minął już koszmar, a jeszcze jest w miarę normalnie. Choć widać, że w Polsce robi się coraz bardziej czerwono... W takie wielkie ramy Janusz Majewski wpisuje małą opowieść o stawaniu się mężczyzną przez młodzianka z miasta Lwowa. I mogłoby być nawet uroczo w takiej nostalgicznej tonacji, gdyby nie to, że ten staromodny sznyt jest tu niestety serwowany w nadmiarze.

Bo co tu dużo gadać, „Mała matura 1947” sprawia wrażenie raczej powiastki dla młodzieży sprzed pół wieku niż zachęty do debaty o dojrzewaniu. Jest tu i lekcja historii, i szkolne igraszki z nauczycielami dziwakami, o których opowiada się później anegdotki na klasowych popijawach, i nieco nachalnie sprzedawany motyw światopoglądowy. Aż człowieka nosi, co z takiego tematu mogliby ukręcić choćby Czesi. Albo Majewski w formie z „Zaklętych rewirów”... Choć trzeba też przyznać, że ta bardzo nostalgiczna ballada o czasach śmieszno-strasznej młodości, ukochanych belfrach i zabawach młodzianków ma taki jakiś perwersyjny urok starej książki z biblioteki dziadka. I jeśli nie nastawimy się na intelektualną przygodę czy rozrywkowe rozkosze, ale na łyk starego kina o starych czasach, to może być nawet przyjemnie.

Tak więc głównego bohatera, Ludwika, los rzuca po wojnie do Krakowa. Tam zaczyna lekcje w gimnazjum, a przy okazji dostaje lekcję życia. I tego politycznego, i prywatnego. Bo jak się ma 16 lat, to w końcu hormony dudnią. No, przynajmniej wtedy zaczynały dudnić w tym wieku.

Jedno trzeba Majewskiemu oddać - udało mu się ściągnąć do filmu gromadę świetnych aktorów, którzy bardzo się do roboty przyłożyli. Może zresztą kunszt Kondrata, Łukaszewicza, Opanii czy nawet Zborowskiego sprawia, że szkolne hucpy i wzruszenia są tym, co najlepiej z tego filmu pamiętamy? A nie wiem, czy o to do końca chodziło. Nie jestem za to do końca przekonany co do odtwórcy głównej roli, Adama Wróblewskiego. Początkowo jego wycofany, mało emocjonalny styl gry razi, ale z drugiej strony może ta nieco drewniana interpretacja jest lepsza niż cudactwa jakiegoś rozhisteryzowanego misia z emocjami na dłoni? Jedno więc w każdym razie nie zmienia się w polskim kinie od lat. Castingi na role dziecięco-młodzieżowe to wciąż dla nas taki problem, jak stąd do Hollywood.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie