Ziemia Obiecana pod Chełmżą

Adam Kozłowski, teraz Łysomice
„Bugoje kungresiuki i parcelanty” - tak miejscowi nazywali przybyłych na ziemię chełmińską po zakończeniu II wojny światowej w ramach reformy rolnej i parcelacji majątków ziemskich.

„Bugoje kungresiuki i parcelanty” - tak miejscowi nazywali przybyłych na ziemię chełmińską po zakończeniu II wojny światowej w ramach reformy rolnej i parcelacji majątków ziemskich.

Wśród tych, którzy wtedy przyjechali, znalazla się również moja rodzina.

Miejscowi to całe rodziny pracujące od zawsze we dworach i majątkach pańskich zarówno właścicieli polskich, jak i niemieckich. Nazywani byli przez przybyszów „majuntkowe”. Miejscowi byli Polakami, a wiedli los prawie niewolniczy. Zakwaterowani w dworskich czworakach lub barakach sezonowych nie posiadali żadnej własności.

<!** reklama>- Mielim tylko graciory i bambetle dumowe, łachy łosobiste, mały wózek czterokołowy, czasami rower. W niektórych majuntkach pan pozwoluł trzymać krowa, zebym mieli mlyko do dzieciorów. Harowalim od rana do wieczora z przerwu na łobiod i podwieczórek, czansto w niedziele i świanta. - Tak jeszcze dzisiaj opowiadają starsi ludzie z tamtych rodzin. Przejęcie na własność państwa majątków ziemskich odmieniło los tych ludzi. W tworzonych państwowych gospodarstwach rolnych znaleźli godziwy byt, pracę i zapłatę. Natomiast na części gruntów dworskich, w ramach parcelacji, wydzielano około dziesięciohektarowe działki.

Przyjechaliśmy całą rodziną

Właśnie na tych działkach osiedlano chłopów przybyłych ze wschodnich i południowych stron kraju, a czasami nawet dalekich Kresów Rzeczypospolitej, zabranych na rzecz Związku Radzieckiego. Nurt tejże reformy przywiódł na ziemię chełmińską rodzinę moją, braci mego ojca z rodzinami oraz kilku sąsiadów ze wsi Jagodne w powiecie Łuków, województwo lubelskie.

Prawie dwutygodniowa podróż w bydlęcych wagonach, w których w jednej części mieściła się rodzina, zaś w drugiej inwentarz – krowa, koń, owce itp. Na odkrytych wagonach wieziono natomiast rozebrane w rodzinnych stronach domy z bali, stodoły i inne sprzęty gospodarcze. Wyładowywano je na stacjach kolejowych, które posiadały tzw. bocznice wojskowe, możliwie blisko wsi, gdzie znajdowały się ich przyszłe gospodarstwa.

Rodzinie mojej i naszych sąsiadów wyznaczono stację Mirakowo koło Chełmży. Właśnie w okolicach tej stacji, a dokładnie we wsi Morczyny, na poddaszu, w mieszkaniu czworakowym kowala dworskiego pana Waliszewskiego przyszedłem na świat, poczęty w lubelskim, urodzony na Pomorzu. Odważna była moja ś.p. mama Marianna, która w tak trudną podróż wybrała się w ostatnich tygodniach ciąży, na dodatek z pięciorgiem mojego rodzeństwa.

Wreszcie na swoim

W miarę możliwości rodziny zaczęły budować na swoim siedliska i uprawiać własną ziemię, która nieruszana od prawie trzech lat była zachwaszczona i opustoszała. Była to mordercza harówka bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. W tych trudnych i biednych czasach można było liczyć tylko na wzajemne sąsiedzko-rodzinne wsparcie. Przybysze oprócz uprawy roli wykonywali wiele innych zawodów od ciesielstwa, kowalstwa po murarstwo.

Często jeździli do pobliskiej Chełmży. Znajdowało się tam wielu fachowców, sklepikarzy, działał targ, na którym prawie zawsze udało się kupić to, co potrzeba. Należy pochwalić bardzo przyjazne nastawienie mieszkańców Chełmży do tych biednych rolników budujących wieś inną niż dworska.

Wieś Sławkowo, w której przyszło nam żyć, prawie zawsze należała do gminy Chełmża, zaś wyznaniowo do parafii Grzywna. Była to wieś dworska pozostająca zawsze własnością prywatną. Ostatnimi jej właścicielami do 1945 roku była niemiecka rodzina von Kries.

Harując od świtu do nocy osadnicy budowali swoje prywatne gospodarstwa na nowej Ziemi Obiecanej. Rodzinom miejscowym, którzy od pokoleń pracowali we dworze, nie udała się sztuka gospodarowania na własny rachunek. Też otrzymali za darmo działki rolne wydzielone z dworskiego pola, ale żadna z nich nie zdołała się na nich utrzymać. Nie posiadali narzędzi, sprzętów, gospodarskich zwierząt, nawyku gospodarzenia na swoim, dlatego najmowali się do pracy w tworzonych PGR-ach.

Cukierki z więzienia

Ówczesne władze przyglądając się poczynaniom przybyłych chłopów w zasadzie nie przeszkadzały. Była to, niestety, cisza przed burzą. Nadszedł okres stalinowskiej kolektywizacji, tworzenia pod przymusem kołchozów na ziemiach szantażem wydartych chłopom. Tych, którzy na niej pozostali, nazywano obraźliwie kułakami. Za niezapisanie się do partii czy niewstąpienie do kołchozu lub niewywiązanie się z obowiązkowych dostaw płodów rolnych – zamykano biednych chłopów w więzieniach. Taki los spotkał mego ojca i wielu naszych sąsiadów. Więzieni byli w Mielęcinie, Łęczycy, Potulicach, i innych zakładach karnych.

Ojciec mój więziony był w Piechcinie przy wydobywaniu i wyrobie wapna. Pamiętam doskonale, jak wracający z więzienia tata przyniósł mi cukierki w tutce zrobionej z papierowego worka służącego do pakowania wapna.

(Dokończenie za tydzień)

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie