Laleczką byłam niedługo

Romana Chojnicka, Brodnica
Urodziłam się w Równem na Wołyniu, na polskich Kresach, obecnie należących do Ukrainy. Przez wiele lat w moim dowodzie osobistym, jako miejsce urodzenia podawano ZSRR.

Urodziłam się w Równem na Wołyniu, na polskich Kresach, obecnie należących do Ukrainy. Przez wiele lat w moim dowodzie osobistym, jako miejsce urodzenia podawano ZSRR.

Równe jawi mi się jako cudowne miejsce na ziemi, na zawsze pozostające moim pierwszym kochaniem.

Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Mój tata, Andrzej Pućko był zawodowym wojskowym, mama nie pracowała. Tata pochodził z okolic Poznania, a mama spod Torunia. Znalazła się w Równem zaproszona tam przez starszą siostrę Wandę Ziółkowską, moją późniejszą matkę chrzestną, by jej pomagać w opiece nad dwoma synami. Jej mąż był ułanem, podobnie jak mój tata. W Równem mama poznała tatę i wyszła za niego za mąż. Zamieszkała daleko od swoich rodzinnych lasów, od rodziców i rodzeństwa.<!** reklama>

Barbie z Kresów

Byłam jedynaczką, wychowywałam się w dobrych warunkach, ale - jak pamiętam - traktowana byłam przez mamę bardzo surowo. Mama chciała mieć dziecko podziwiane za ubiór, urodę i grzeczność. Pamiętam te wielkie kokardy, falbaniaste sukienki i nieustanne: „Proszę”, „Dziękuję”, „Przepraszam”. Byłam taką małą kresową laleczką Barbie.

Czasami mi się te grzeczności myliły. Pamiętam, jak właściciel sklepu rzeźnickiego z okazji Gwiazdki (był taki zwyczaj w stosunku do stałych klientów) podarował mi lalkę, a ja dygnęłam i powiedziałam: „Przepraszam”. Długo o tym opowiadano w rodzinie.

Potem, no potem to już było niewesoło. Bardzo lubiłam zostawać w domu z naszą pomocą domową, Huldą. Była to młoda, ukraińska dziewczyna z pięknymi blond warkoczami. Lubiłam za nie pociągać i śmiać się z jej sposobu mówienia. Wtedy otrzymałam pierwszą lekcję tolerancji.

- Pamiętaj – strofowała mnie mama surowo – nigdy nie wyśmiewaj się z kogoś, kto mówi inaczej, wygląda inaczej, myśli inaczej. Hulda ma swój język, który kocha, jak my kochamy swój.

Zrozumiałam i zapamiętałam to na całe życie. Jest to szczególnie ważne i dzisiaj, w czasach pogardy do wszystkiego, co odbiega od naszych wyobrażeń o świecie.

Przerwane dzieciństwo

Beztroskie lata na Wołyniu to najszczęśliwszy okres mojego życia. Nie wiedziałam, że gromadzą się nad nami, nad Polską ciemne chmury, że wkrótce „przyjdą podpalić dom”.

Jednak i jako dziecko wyczuwałam narastające napięcie. Mama przestała mi wiązać wielkie kokardy, strofować za zachowanie, Hulda przestała przychodzić, a co najważniejsze, tata z wujkiem zniknęli. Myślałam, że pojechali na manewry, ale coraz częściej ze wszystkich stron słyszałam złowieszcze słowo „wojna” .

Nie miałam odwagi zapytać, co ono znaczy, bo mama była ciągle czymś zajęta. Do domu przychodzili obcy ludzie, coś szeptali, coś kupowali. Nie wychodziliśmy na spacery.

Wojna wybuchła. Ojcu po przegranej wrześniowej kampanii udało się wrócić do Równego, do naszego domu przy ul. Krótkiej. Coraz częściej słyszałam wtedy słowa „Sybir” i „ucieczka”.

Pewnego dnia do naszego domu przyszli radzieccy żołnierze, aby zająć nasze mieszkanie. Zachowywali się spokojnie. Jeden wziął mnie na ręce i dał cukierka. Namawiali, żebyśmy pozostali w Równem, ale mieszkanie nasze zajęli. Zamieszkaliśmy u cioci Ziółkowskiej. Zaczęły się gorączkowe przygotowania do ucieczki, bo coraz więcej sąsiadów wywożono z ich domów, jak się okazało na Sybir.

Słyszałam rozmowy dorosłych o tym, jak wydostać się z Równego, jak znaleźć przewodnika, jak przekroczyć zieloną granicę. Wyobrażałam ją sobie jako zieloną, ukwieconą łąkę, nad nią motyle, a my opromienieni słońcem, radości, weseli, wolni.

Z ziemi wołyńskiej do Polski

Mama z ciocią liczyły biżuterię, najpewniejszy i jedyny środek płatniczy w tamtych niespokojnych czasach. Pewnej nocy opuściliśmy dom cioci, wsiedliśmy na chłopską furmankę. W noc opuszczaliśmy Równe, miejsce mojego szczęśliwego dzieciństwa. O świecie zatrzymaliśmy się w jakiejś stodole, z której nie wolno było nam wychodzić. Chłop przyniósł nam mleko i bochen chleba. Mama pozbyła się kolczyków.

Któregoś dnia wóz zatrzymał się na jakimś odludziu. Było ciemno. Przed nami, raczej to można było wyczuć, niż zobaczyć, rozciągał się pas zaoranego pola. Pojawił się przewodnik przez granicę (zniknął pierścionek cioci). Moi cioteczni bracia, starsi ode mnie, mający 10 i 12 lat, wzięli mnie za ręce i wszyscy ruszyliśmy przez to zaorane pole. Nogi grzęzły w bruzdach. Z daleka dobiegał odgłos wystrzałów. Kogoś złapali.

Dobrnęliśmy szczęśliwie do jakiejś chałupy, po drugiej stronie granicy. Kobieta poczęstowała nas rosołem którego smak pamiętam do dzisiaj. Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie pamiętam szczegółów, ale to była gehenna. Ścisk, tłok, oczekiwanie na jakikolwiek pociąg. Bezsenność, strach, niepewność co będzie jutro, co będzie za godzinę.

W Warszawie pożegnaliśmy się z chłopcami i ciotką. My ruszyliśmy do Torunia, do babci i dziadka. Tak skończyła się nasza odyseja z ziemi wołyńskiej do Polski. W małym domku dziadków przy ul. Włocławskiej spędziliśmy mroczne lata okupacji. Przez wojnę przestałam być kresową Barbie a stałam się mała, biedną, wystraszoną dziewczynką, którą okradziono z dzieciństwa.

O nauce w niemieckiej, a po wyzwoleniu w polskiej szkole, o swoich studiach i dalszym życiu miałam już okazję opowiedzieć w Albumie. Pozdrawiam wszystkich, którzy zechcieli zapoznać się z moją opowieścią.


Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie