To miała być praca marzeń. Pojechali do pięknej Toskanii budować jachty. Luksus? Czekają na wypłaty

Agnieszka Domka-Rybka
Agnieszka Domka-Rybka
Oferty pracy we włoskiej Toskanii Polacy mężczyźni znaleźli w internecie. Są z różnych części kraju, do Włoch delegowała ich firma spod Bydgoszczy
Oferty pracy we włoskiej Toskanii Polacy mężczyźni znaleźli w internecie. Są z różnych części kraju, do Włoch delegowała ich firma spod Bydgoszczy Nadesłane
Zapowiadało się na pracę życia. W malowniczym Piombino na wybrzeżu Toskanii. Ekipa z Polski montowała i spawała jachty. Okazało się jednak, że pięknie to wychodzą tylko zdjęcia z włoskich plaż, którymi panowie chwalili się w sieci. - Przetrzymywano mnie bez jedzenia. Straszono mafią sycylijską. Miałem być zastrzelony przez najemnika z Senegalu - tak swój kilkumiesięczny epizod w Italii wspomina pan Mariusz, który nadzorował pracowników w Piombino. Pracodawca jest zdenerwowany: - Panu Mariuszowi tak źle się u mnie wiodło, że aż wynajął sobie apartament z widokiem na wyspę Elbę!

Do Włoch delegowało pracowników przedsiębiorstwo z niewielkiej miejscowości pod Bydgoszczą. Pojechało 35 osób pochodzących z różnych części Polski, m.in. ze Szczecina, Gdańska, Gdyni. Razem z nimi zwerbowano również obywateli Ukrainy.

Oferty pracy chodziły w internecie.

Kierownikiem, który miał na miejscu pilnować całej roboty, był pan Mariusz (nazwisko do wiadomości redakcji). Przekonuje, że został oszukany przez właściciela kujawsko-pomorskiej firmy. Nie dostał pieniędzy za pracę w październiku, listopadzie i grudniu zeszłego roku. On i inni koledzy, których może być w sumie - jak mówi - ok. 30 i każdemu z nich przedsiębiorca jest winien ok. 5000 euro. W przypadku pana Mariusza to dwa razy tyle.

- Odmówiłem współpracy, ponieważ pracodawca chciał mnie zmusić do fałszowania dokumentów dotyczących delegacji służbowych i badań lekarskich załogi - twierdzi pan Mariusz.

„Miała po mnie przyjść Cosa Nostra”

- Stałem się przez to jego wrogiem numer jeden - uważa.

Opowiada: - Ludzie pracowali po 230 godzin w miesiącu, a w papierach do urzędów szło, że tylko 140. Szef kłamał, że nie dostawał ode mnie raportów godzin, bo dostawał. Zresztą, poprosiłem pracowników, by w swoje karty pracy wpisywali, co konkretnie robili każdego dnia. A on i tak tłumaczył, że nie ma podstaw do zapłaty im. Byłem straszony Cosa Nostrą. Miałem być zastrzelony przez jakiegoś najemnika z Senegalu. Grożono mi śmiercią, bałem się o swoje życie. Był moment, że towarzyszyły mi myśli samobójcze. Przetrzymywano mnie bez jedzenia, należnych diet, a żeby uciec z Włoch, sprzedałem swoją bieżnię do biegania i telewizor plazmowy. Resztę pieniędzy pożyczyłem od znajomych. Wracałem służbowym busem z tym, co udało mi się na szybko spakować, ale wszystko zabrano mi na granicy włosko-austriackiej, gdzie zostałem zatrzymany, bo rzekomo ukradłem busa. Mój prywatny samochód zniszczono w wypadku, gdy pożyczyłem go pracownikom. Cały dobytek zostawiłem we Włoszech. Jestem też pomawiany o kradzież laptopa, a dostałem go z firmy, gdy mój prywatny uszkodził się podczas pracy. To wszystko chyba w nagrodę, że harowałem po 14 godzin dziennie!? Pracodawca nie chce mi oddać moich ciężko, powtarzam, ciężko zarobionych 10 tysięcy euro.

- Włosi nie byli do końca zadowoleni ze spawania jachtów, ale jak szef przestał płacić, niektórzy doświadczeni pracownicy od razu dali nogę i zostali tacy z łapanki, którzy niewiele umieli. Dobrego montera poznaje się po liczbie kilogramów złożonych pozycji, np. usztywnień ramowych, a spawacza po liczbie metrów i jakości, spawa od 40 do 70 m dziennie, a przychodzili tacy, co ledwo dawali radę z 7 metrami. Były opóźnienia. Zdarzały się i pogięte blachy. To Włochów denerwowało. Ale mnie się z nimi dobrze współpracowało - ocenia pan Mariusz.

Polecamy także: Zagraniczne MEMY o Polakach: w DNA mamy pierogi, naszym herbem kiełbasa. Oto obraz Polaka za granicą

Z jego korespondencji SMS-owej ze stroną włoską (dziękujemy pani Magdalenie z powiatu inowrocławskiego za pomoc w tłumaczeniu) nie wynika, jakoby współpraca układała się źle, ale m.in., że właściciel polskiej firmy zalega z wypłatami, są opóźnienia w realizacji kontraktu i przez pandemię mnożyły się problemy ze skompletowaniem solidnej ekipy.

O tym, co wydarzyło się w Italii, pan Mariusz powiadomił policję i inspekcję pracy. Z właścicielem spółki spod Bydgoszczy zamierza spotkać się w sądzie.

Co na to policja i inspekcja pracy?

- Nie mogę udzielić informacji na pytania dotyczące tej konkretnej firmy w sprawie ewentualnych naruszeń praw pracowniczych - komentuje asp. szt. Izabella Drobniecka, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Inowrocławiu.

- W spółce została kilka dni temu wszczęta kontrola i nie mamy jeszcze żadnych ostatecznych ustaleń - mówi Waldemar Adametz, zastępca Okręgowego Inspektora Pracy w Bydgoszczy. - Podjęliśmy wszystkie możliwe kroki, aby tę sprawę wyjaśnić. O konkretach będziemy mogli mówić po zakończeniu kontroli. Jednak w tym przypadku naprawdę warto wsłuchać się również w wersję drugiej strony.

Oczywiście, wszak to dziennikarski obowiązek, a wersja drugiej strony diametralnie różni się od tej, którą usłyszeliśmy od pana Mariusza.

Właścicielem kujawsko-pomorskiej spółki jest młody, 28-letni przedsiębiorca z zaledwie dwuletnim doświadczeniem w biznesie.

- Proszę nie wierzyć temu człowiekowi. Moim największym pechem w życiu było, że go w ogóle spotkałem, zaufałem mu i powierzyłem tak odpowiedzialne zajęcie, jak kierowanie ludźmi i nadzór nad pracą za granicą - żałuje Marek Kręglicki (imię i nazwisko zmienione na jego prośbę).

- Na początku nie mogłem powiedzieć o nim złego słowa, wydawał się zaangażowany, choć gdzieś po drodze dochodziły do mnie słuchy, że jest nieuczciwy. Nie wiedziałem wówczas nic o jego długach, przeszłości, także tej związanej w wyrokami sądowymi czy zakazem prowadzenia działalności gospodarczej. Pełnił funkcję kierowniczą i był odpowiedzialny za nadzór kontraktu, pilnowanie postępu prac. Z czasem zauważyłem, że często jak do niego dzwoniłem, był w mieszkaniu, a nie w zakładzie. Trudno się dziwić, że robota nie była wykonana jak trzeba i teraz mam kłopoty z włoskim kontraktem. Nie fałszowałem żadnych dokumentów. To ja zostałem przez niego oszukany i na koniec ukradł mi busa oraz dokumenty firmowe. Dlatego powiadomiłem straż graniczną. Czemu nie chciał porozmawiać, tylko wolał mn szantażować, że albo dostanie pieniądze, albo nas zniszczy.

„Źle wyszedłem na tym kontrakcie”

Mężczyzna twierdzi, iż ma świadków na to, że pan Mariusz chciał, aby przejął ten kontrakt inny przedsiębiorca: - Żądał, abym zapłacił za naprawę jego samochodu! Nie miał co jeść, to może jeszcze powinienem wynająć dla niego kucharkę? Mieszkanie miał zagwarantowane, jak inni. Ale jedzenia nie było w umowie. Sam postanowił wynająć apartament z widokiem na wyspę Elbę. Teraz grozi mi i mojej żonie, że nas zniszczy. Opowiada, że dom dokończyłem za pieniądze z zaliczek od Włochów, które miały iść na pensje dla ludzi. Nieprawda! Wzięliśmy kredyt hipoteczny, a kolejny wziąłem, żeby ludzie mieli na wypłaty. Nie przywłaszczyłem żadnych pieniędzy. On jest świadomy, że nie wyszedłem dobrze na tym kontrakcie. Mam inne w Polsce i nikt nie ma zastrzeżeń do mojej wypłacalności. W listopadzie dałem panu Mariuszowi 3650 euro. Kłamie, że był głodzony i przetrzymywany, jak można mówić o czymś takim? A ja nawet nie mam teraz pieniędzy, aby ogrzać dom. I to ja chciałem zerwać z nim współpracę, a nie on ze mną! Mam nadzieję, że to będzie dla mnie nauczka, aby właściwie dobierać sobie ludzi.

Przedsiębiorca puszcza nagranie, na którym pan Mariusz - mówiąc delikatnie - nie przebiera w słowach. - Słyszy pani? To są groźby! Mam tego więcej! Gdybym poczytał wcześniej opinie o nim w internecie, nigdy bym nie wszedł w taką współpracę. Spotkamy się w sądzie.

Właściciel firmy, choć pytam go kilka razy, nie chce jednak powiedzieć, ile jest winien pieniędzy pracownikom z włoskiego kontraktu, ale i nie kryje, że ma wobec nich zaległości i zapewnia, że chce je spłacić.

Pracownik: Zapowiadało się nieźle, miało być 16 euro netto za godzinę

Rozmawiam też z ludźmi, którzy pracowali przy budowie jachtów w Piombino: - To był obóz pracy i jeszcze mi nie chcieli płacić - skarży się pan Waldemar (prosi o zmianę imienia). - Wciągnąłem w to brata, są mi winni 2800 euro, a jemu pięć tysięcy. Uciekliśmy stamtąd w październiku. Teraz pracuję w Niemczech i jestem zadowolony. Wypłata uczciwa i na czas.

Polecamy także: Minimalna płaca w krajach Unii Europejskiej 2019. Jak na tym tle wypada Polska? [stawki w euro]

- Przebywam w Belgii, pracuję w rafinerii. Ogłoszenie o pracy we Włoszech, razem z kolegami, znaleźliśmy w internecie - wspomina pan Mariusz (to tylko zbieżność imion z byłym kierownikiem z Piombino). - Oferta wydawała się atrakcyjna, umówiliśmy się na stawkę 16 euro netto za godzinę, po czym prezes firmy kupił nam bilety do Włoch. Dopiero na miejscu dostaliśmy do podpisania zaniżone umowy. Ale szef zapewniał, że wypłaci obiecane pieniądze. Nie mamy ich do dziś! Zostaliśmy oszukani, nie mieliśmy za co wrócić do kraju, a do pozostania za granicą zmusiła nas sytuacja życiowa oraz koronawirus, więc musieliśmy kontynuować pracę. Mieszkaliśmy w fatalnych warunkach. Spaliśmy w trójkę w małym pokoju na łóżkach polowych. Ciepła woda była rzadkością. Grzyb na ścianie. W pracy nie było maseczek i odzieży ochronnej. Teraz prezes nie odbiera telefonów. Radzi, że po sprawiedliwość to mamy iść do sądu.

Materiał oryginalny: To miała być praca marzeń. Pojechali do pięknej Toskanii budować jachty. Luksus? Czekają na wypłaty - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie