W niedzielę, 11 listopada zmarła Janina Bębenek, nasza...

W niedzielę, 11 listopada zmarła Janina Bębenek, nasza wierna Czytelniczka i Autorka albumowych wspomnień

Roman Such

Nowości Dziennik Toruński

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Na balu kapitańskim - Pani Janina pierwsza z prawej. Serwowano m.in. sałatkę z homara, krem z żółwia z groszkiem ptysiowym, sandacza, befsztyk z polędwicy

Na balu kapitańskim - Pani Janina pierwsza z prawej. Serwowano m.in. sałatkę z homara, krem z żółwia z groszkiem ptysiowym, sandacza, befsztyk z polędwicy wołowej z pieczarkami, kompot francuski ©nadesłana

Przed tygodniem, w setną rocznicę odzyskania niepodległości przypomnieliśmy opowieść Janiny Bębenek pt. „Flaga ocalała w babcinej sukni”.
Na balu kapitańskim - Pani Janina pierwsza z prawej. Serwowano m.in. sałatkę z homara, krem z żółwia z groszkiem ptysiowym, sandacza, befsztyk z polędwicy

Na balu kapitańskim - Pani Janina pierwsza z prawej. Serwowano m.in. sałatkę z homara, krem z żółwia z groszkiem ptysiowym, sandacza, befsztyk z polędwicy wołowej z pieczarkami, kompot francuski ©nadesłana

Tytułową flagę, z polskim orłem na czerwonym tle, jeszcze pod zaborami wykonała ciocia Janiny Bębenek, a jej babcia, z narażeniem życia, ukrywała chorągiew w latach niemieckiej okupacji. Tą flagą witano wkraczające do Torunia wojska polskie w 1920 roku. Powiewała ona również na wieży ratusza w dniach zakończenia drugiej wojny.

Przytaczając tę rodzinną, patriotyczną sagę, zdawaliśmy sobie sprawę, że Pani Janina jest ciężko chora. Mieliśmy nadzieję, że to przypomnienie sprawi Pani Janinie przyjemność, a nawet doda sił. Tak się nie stało. Janina Bębenek zmarła w niedzielę, w Święto Niepodległości, mając 91 lat.

Zapamiętamy ją jako pogodną, życzliwą, zawsze skorą do podzielenia się wspomnieniami o tym, jak żyło się w Toruniu w czasach jej młodości, o tym, co dobrego spotkało ją w życiu. Żegnając Panią Janinę, naszą wierną Czytelniczkę i Autorkę jeszcze raz sięgamy do jej wspomnień, tym razem z podróży z Ameryki do Europy. Na pokładzie naszej dumy narodowej, TSS Stefan Batory.



Z Ameryki do Europy

Byłam wśród pasażerów, którzy 10 października 1977 roku zaokrętowali się w Montrealu i płynęli do Gdyni. W Stanach przebywałam na zaproszenie mojego brata Aleksandra Jeziorskiego, który mieszkał tam od wielu lat. Gościłam u niego w Nowym Jorku siedem miesięcy. Byłam w amerykańskiej Częstochowie, opłynęłam Manhattan. Nowy Jork oglądałam ze Statuy Wolności.
Janina Bębenek zwykle zaczynała dzień od lektury „Nowości” nadesłana

Wtedy jeszcze nie walczono z terrorystami, nie wprowadzono takich wymogów bezpieczeństwa jak obecnie. Wewnątrz Statuy Wolności najpierw jechaliśmy windą, a potem krętymi schodami doszliśmy do tarasu widokowego. Mój brat zrezygnował ze wspinaczki w połowie drogi. Dalej można było jeszcze wejść „do ręki”, ale tam było już tak ciasno i wąsko, że nawet ja, szczupła wówczas osoba, musiałam się wycofać.

Brat chciał, żebym jak najwięcej zobaczyła. I skoro w jedną stronę przyleciałam samolotem, to na drogę powrotną kupił mi bilet na „Stefana Batorego”, który odpływał z Montrealu w Kanadzie.

Niestety, nie miałam kanadyjskiej wizy. Z Nowego Jorku jechaliśmy do Kanady autobusem i na granicy strażnik kazał mi wysiąść. Wstawiła się za mną jedna z pasażerek, Polka, od lat mieszkająca za oceanem. Ja trochę skłamałam, że nie mam dokąd w USA wracać, bo moja rodzina się rozjechała, zrobiłam taką płaczącą minę, że ostatecznie strażnik mnie przepuścił. Wydaje mi się, że dzisiaj, przy tym strachu przed zamachami terrorystycznymi, nie byłoby to możliwe.

Podróż „Stefanem Batorym” wspominam jako przyjemną, chociaż przeżyłam wiele strachu i się rozchorowałam przez jedną ze współpasażerek. Kajuty na statku były bardzo ciasne. Trzy łóżka, w tym jedno piętrowe, na którym ja spałam. Do sufitu miałam tylko pół metra, a może i mniej. Łazienka znajdowała się poza kajutą. W środku poza łóżkami mieścił się tylko niewielki stolik i szafka.



Jedna z pań, z którą przyszło mi spędzić dwa tygodnie podróży, wracała do kraju po wielu miesiącach sprzątania. Mimo zakazów, paliła papierosy jeden za drugim. W kabinie nie było klimatyzacji, a niewielkiego okienka, jak to na statku, nie można było otworzyć. W dodatku kurzyła jakieś silne amerykańskie papierosy, że od tego dymu się rozchorowałam.

Na lewą, na prawą burtę

Przez trzy dni i trzy noce nękał nas sztorm. Statkiem kołysało tak mocno, że musiałam się trzymać, aby nie wypaść z mojej koi. Kiedy rano poszłam na śniadanie, myślałam, że pomyliły mi się godziny, bo restauracja była pusta, a przy poręczach i balustradach pozawieszano woreczki. Dolegliwości żołądkowe, potęgowane sztormem, zdziesiątkowały pasażerów. Niewielu z nich myślało o jedzeniu. Nie dość, że statkiem niemiłosiernie bujało, to jeszcze ktoś puścił plotkę, że na naszym kursie płynie bomba i możemy w nią uderzyć. Okazało się, że to nie bomba, a tylko wieloryb, ale strach paraliżował mnie do końca rejsu.

Jedzenie na „Batorym” było przepyszne. Dzisiaj spis potraw może nie robi już takiego wrażenia, ale pamiętajmy, że w tamtych czasach nasza rodzima gastronomia była siermiężna, a ludzie cieszyli się, jeśli udało im się kupić cokolwiek stojąc w długich kolejkach. Kuchnia na „Batorym” pochodziła z innego świata, z innej bajki.

Rano w kaplicy odprawiano mszę świętą, a potem zamieniano ją w salę widowiskową, wyświetlano filmy. Prawie każdego dnia bawiono się na dancingach, inni zabijali czas na różnych grach.

Ja też miałam szczęście w obstawianiu numerków. Wygrałam 50 dolarów, wówczas to były duże pieniądze. W ogóle w loteriach, grach losowych mam dobrą rękę. W Nowym Jorku, na rogu ulicy za dolara, po wytypowaniu odpowiedniej liczby, można było dostać 8 dolarów. Trzy razy mi się poszczęściło, za czwartym już mnie do środka nie wpuścili. Przed laty wygrałam piątkę w express lotka. Co prawda cztery osoby wytypowały te same numerki, ale i tak trafiła się niezła wygrana. Zresztą, po co daleko szukać. W „Nowościach” na numerki w jednym roku wygrałam 400 złotych i tyle samo w dodatkowym losowaniu.

Wciąż w coś gram i wciąż myślę, że duża fortuna jeszcze przede mną. Może to dlatego, że kiedy się urodziłam, jak opowiadała mama, miałam na ręce cienką błonkę. Akuszerka od razu ją usunęła, ale powiedziała, że to była taka torebka, a torebka przyciąga pieniądze.

Inaczej rzecz się miała z młodym mężczyzną z naszej podróży „Batorym”. Wracał do Polski po zarobkowaniu w Ameryce. Wszystko, co zarobił, przepuścił w okrętowym barze. Wychodził, a w zasadzie był wynoszony, jako ostatni, jako pierwszy czekał pod drzwiami na otwarcie baru.

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu i tzw. życiowego doświadczenia, dochodzę do przekonania, że to od ludzi w dużej mierze zależy, jak im się ułoży w podróży - tej statkiem i tej przez życie...





Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo