MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Czterysta dwadzieścia maratonów i trzy spartathlony. Tadeusz Spychalski nie zamierza się zatrzymywać

Daniel Ludwiński
Daniel Ludwiński
Tadeusz Spychalski podczas spotkania z przyjaciółmi, miłośnikami biegania i fanami w Bibliotece Pedagogicznej w Toruniu.
Tadeusz Spychalski podczas spotkania z przyjaciółmi, miłośnikami biegania i fanami w Bibliotece Pedagogicznej w Toruniu. Piotr Lampkowski
Nie ma chyba w Toruniu biegacza, który chociaż z widzenia nie kojarzyłby Tadeusza Spychalskiego. Toruński maratończyk ukończył królewski dystans 42 195 metrów aż 420 razy, a do tego ma na swoim koncie liczne występy w zawodach ultra. Wśród nich są te najważniejsze - w słynnym sparthatlonie, który ukończył aż trzy razy.

Start greckiego ultra maratonu odbywa się zawsze w Atenach, skąd śmiałkowie biegną aż do Sparty, co oznacza, że czeka ich dystans 246 kilometrów. Do udziału nie można zgłosić się ot tak, jak na zwykłe amatorskie zawody - organizatorzy przyjmują tylko tych, którzy spełnili określone wymagania związane ze startami w innych podobnych imprezach, co oznacza, że będą potrafili sprostać trudom wyzwania. Tych jest dużo i nie chodzi tu tylko o samą długość trasy, ale także o zmiany temperatur - w dzień biegnie się na słońcu w upale, w nocy temperatura potrafi spać niemal do zera.

W latach 90. Tadeusz Spychalski metę w Sparcie osiągnął trzy razy, a podczas niedawnego spotkania w toruńskiej Bibliotece Pedagogicznej opowiadał o tamtych chwilach. W trakcie wieczoru licznie zgromadzona publiczność ciekawych historii wysłuchała multum, więc nie dziwi, że maratończykowi poświęcamy dziś więcej miejsca - wszak o tak długim biegu, jak sparthathlon, pozostaje napisać równie długi tekst.

Tadeusz Spychalski podczas spotkania z przyjaciółmi, miłośnikami biegania i fanami w Bibliotece Pedagogicznej w Toruniu.
Tadeusz Spychalski podczas spotkania z przyjaciółmi, miłośnikami biegania i fanami w Bibliotece Pedagogicznej w Toruniu.

WIĘCEJ ZDJĘĆ ZE WSPOMNIANEGO SPOTKANIA W BIBLIOTECE PEDAGOGICZNEJ MOŻNA OBEJRZEĆ W DALSZEJ CZEŚĆI NASZEJ GALERII LUB >>> TUTAJ <<<

> - W szkole biegłem na kilometr, ale nie mogłem tego wytrzymać. Po latach mówiłem więc sobie, że skoro nie jestem mistrzem krótkich biegów, to skupię się na biegach długich. Moim marzeniem było ukończyć dziesięć maratonów, a tymczasem przebiegłem ich już czterysta dwadzieścia. Pamiętam dobrze te pierwsze. Na początek był oczywiście nasz maraton z Chełmna do Torunia, jeszcze w 1988 roku, potem był też m.in. start w Kędzierzynie-Koźlu, gdzie biegłem z Jadzią Wichrowską, też z Torunia. Były tam trzy pętle. Jadzia mówiła mi, że jak będzie punkt z wodą, to mam zwolnić, ale muszę naprawdę z tej wody skorzystać. Miałem wtedy na sobie taką fajną koszulkę z logo Pacificu, gdzie wtedy pracowałem. Dostałem na punkcie odżywczym herbatę i niestety rozlała mi się ona na koszulkę. Nie mogłem już doprać tej plamy. Przekonałem się jednak, że Jadzia miała rację. Lepiej zwolnić, wypić kilka łyków na spokojnie. W maratonie nie chodzi o to, żeby zacząć za szybko, boi wtedy się za to zapłaci - podkreśla Tadeusz Spychalski.

Dziś biegaczy jest znacznie więcej niż 30 lat temu. Dawna biegowa czołówka torunian umawiała się za to regularnie na wspólne treningi, przekazywała sobie wzajemnie informacje o kolejnych imprezach biegowych, na które warto byłoby się wybrać, wspólnie planowała wyjazdy. Biegacze tworzyli więc zgrany zespół, ale nasz bohater lubił ćwiczyć także samemu. Spychalski trenował nawet przy tak prozaicznych okazjach, jak droga do pracy, biegając od tramwajowej pętli do siedziby firmy Toruń-Pacific, z którą był długo związany. Wcześniej pracował także Na Skarpie w tamtejszej spółdzielni mieszkaniowej. Zadania związane z pielęgnacją zieleni i w tym przypadku okazały się przydatne w karierze sportowej. - Ciągle coś pieliłem i ciągle byłem na słońcu. Taka praca fizyczna dużo pomagała. Uodporniłem się na słońce. Spartathlon odbywał się w ostatnim tygodniu września. U nas bywało już chłodno, a tam był straszny upał. Mimo to mnie to w ogóle nie ruszało, że była różnica temperatur, bo do ciągłego słońca byłem po prostu przyzwyczajony - opowiada maratończyk.

Na wielkim plakacie w Sparcie

Sparthathlon pokonywany jest na trasie, jaką pokonać miał Filippides, prosząc Spartę o pomoc dla ateńczyków przed bitwą pod Maratonem. Obecni ultramaratończycy finiszują właśnie w Sparcie przy pomniku Leonidasa, oczywiście odpowiednio fetowani. Pierwszym Polakiem, który ukończył słynny bieg, był Edward Dudek. Tadeusz Spychalski zrobił to w latach 90. trzykrotnie.

Czterysta dwadzieścia maratonów i trzy spartathlony. Tadeusz Spychalski nie zamierza się zatrzymywać
archiwum Tadeusza Spychalskiego

- Jak już pierwszy raz pojechaliśmy i ukończyliśmy, to polska ambasada, do której zawsze nas zapraszano, zapowiedziała, że na przyszły rok ufunduje nam kolejny start. W 1996 roku sam przejazd do Grecji kosztował 1200 złotych, a przecież wtedy taka kwota to było więcej niż dziś. Miałem więc frajdę, że mam ten wyjazd ufundowany przez ambasadę, tak jak najpierw miałem ufundowany przez Toruń-Pacific. Nie wypadało mi więc Sparthatlonu nie kończyć. Trzy pierwsze ukończyłem, a na czwartym popełniłem błąd. Kiedyś, jak byłem w wojsku, to dostałem takie fajne wkładki karbowane. Pomyślałem, że jak włożę je do butów, to będą mi na trasie masowały stopy. Tymczasem po tych wkładkach nie mogłem nawet chodzić - wspomina Spychalski.

Zgodnie z miejscowym zwyczajem ostatnie 2 kilometry prowadzące do Sparty zawodnicy pokonywali w towarzystwie miejscowych dzieci, biegnących do mety razem z finiszującym sportowcem. I właśnie wówczas, w samej końcówce jednego ze startów, Spychalski aż zaniemówił z wrażenia. Na słupach wywieszone były okazałe plakaty z poprzedniego roku, na których właśnie torunianin był pokazany, jak fetuje swoją radość przy pomniku Leonidasa.

Czterysta dwadzieścia maratonów i trzy spartathlony. Tadeusz Spychalski nie zamierza się zatrzymywać

- Nogi mi się aż ugięły, jak to zobaczyłem. A potem był jeszcze kolejny spartahtlon. Mój trzeci. Często na wyjazdy jeździłem z Ireną i Mirkiem Lasotami. Irena została wówczas pierwszą kobietą z Polski, która ukończyła sparthathlon. Była bardzo dobrą biegaczką, ale tu miała obawy na starcie. Całą trasę pokonaliśmy więc razem. Biegliśmy spokojnie i już na 40 km przed Koryntem powiedziano nam, że musimy uważać, bo możemy nie zmieścić się w limicie czasu. Gdzieś na 150 kilometrze dogoniliśmy jednak Francuza, który powiedział nam, że sam nie da rady. Od tej pory biegliśmy razem. Kaleczyliśmy trochę po francusku, trochę po angielsku, ale on biegnąc z nami w końcu doszedł do siebie. Wspólnie dotarliśmy do mety na 5 minut przed limitem czasu, który wynosił 36 godzin. Wieczorem na rynku w Sparcie było wielkie zakończenie biegu i każdy, kto ukończył, został wyróżniony. Na drugi dzień chodziło się za to w laczkach, bo człowiek miał poparzone nogi. Spotkaliśmy jednak naszego Francuza, a on powiedział, że pójdziemy z nim do sportowego sklepu. Tam były różne figurki, takie małe pomniki Leonidasa. Jedna z nich była z brązu, chyba za 5000 drachm. Francuz ją kupił i mi dał dziękując za pomoc na trasie. Później przysłał jeszcze jakieś buteleczki z winem, bo okazało się, że był właścicielem winnicy.

Na sparthathlonie dbano o bezpieczeństwo zawodników. Na mecie każdy zawodnik profilaktycznie był odwożony karetką do szpitala na podstawowe badania i sprawdzenie ogólnego stanu zdrowia po nadludzkim wysiłku.

- To było konieczne, ale ważne było także to, żeby pilnować siebie na trasie i nie popełniać błędów. Jak czułem, że coś drga mi w twarzy, to wiedziałem, że to jest sygnał, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że muszę się ochlapać wodą, zwolnić, i dopiero przyspieszać. Zakładałem też czapkę, bo wiedziałem, że bez czapki bieg będzie zabójczy, a na każdym punkcie, gdy było to możliwe, tę czapkę moczyłem. Regeneracja to podstawa. Miałem też zasadę, że przez cały sparthathlon nie zdejmuję butów i skarpetek. Kiedyś biegliśmy w nocy, temperatura spadła, a jeden z rywali siadł na ławce za setnym kilometrem i zdjął skarpetki razem ze skórą. Dalej już nie pobiegł. Z kolei Ryszard Kałaczyński, który przebiegł setki maratonów i na sparthathlonie był dziesięć razy, któregoś razu jednego nie ukończył, bo zaczął zbyt szybko. Na takim biegu naprawdę trzeba wiedzieć, jak rozłożyć siły, a różnych przeszkód jest dużo. Pamiętam, jak człowiek walczył z limitem czasu, co 2,5 km był wodopój, ale przez upał woda była w nim ciepła. Obok była jednak stacja paliw, a tam kran z wodą i wężem. Odkręciłem ten kran, a woda była tak gorąca, że wręcz gotująca się. I tak to było z próbami schłodzenia się na sparthatlonie. Z kolei w nocy były serpentyny w górach. Na trasie były rozrzucone takie fosforyzujące pałeczki, które wskazywały nam drogę. Tak właśnie biegło się do mety w Sparcie.

Tuż za podium mistrzostw Polski

W sportowym dorobku Tadeusza Spychalskiego są rozmaite biegi. Startował 420 razy w klasycznych maratonach, w Grecji mierzył się ze wspomnianymi 246 kilometrami, brał udział także w zawodach na 24 godziny, w których zawodnicy mieli wyznaczony nie konkretny dystans, a czas, w którym rywalizowali. I właśnie wówczas był najbliżej medalu mistrzostw Polski.

Czterysta dwadzieścia maratonów i trzy spartathlony. Tadeusz Spychalski nie zamierza się zatrzymywać

- Pojechaliśmy z Lasotami do Warszawy na bieg 24-godzinny o randze mistrzostw Polski. Biegaliśmy w parku po pętli liczącej 4 km. Start był w południe. Na półmetku trasy był ogródek piwny i zdarzyło się, że z kolegą zatrzymywaliśmy się tam na piwo. W tym czasem czołówka, które zaczęła ostro, non stop biegła. Przyszedł jednak wieczór i noc. Wokół trasy były łóżka polowe i ci, którzy zaczęli tak ostro, musieli już odpoczywać. Ja tymczasem kręciłem dalej kolejne okrążenia. Nad ranem na tablicy z wynikami zobaczyłem w końcu, że jestem już szósty, później piąty, czwarty. Do końca zostały trzy okrążenia, gdy pytałem sędziego, jaką mam stratę do podium. Ostatecznie byłem jednak właśnie czwarty, ale i tak znalazłem się w wynikach w "Przeglądzie Sportowym". To był kolejny dowód, że w takim biegu na 24 godziny trzeba dobrze rozłożyć siły. Zrobiłem wtedy 188 km. Za czwarte miejsce w mistrzostwach Polski dostałem buty Nike. Do Warszawy jeździło się zresztą częściej. Pamiętam, jak kiedyś biegliśmy tam maraton. Auta stały w korkach, nie było przejazdu, bo odbywał się bieg. Pewien miejscowy pijaczynka podszedł z jakimś tanim winem, po prostu jabolem, i chciał poczęstować biegaczy. Wołał do każdego "masz, wypij!". Wszyscy mu oczywiście odmawiali i wyglądało to aż głupio, bo on tak bardzo namawiał, a niektórzy go wręcz odpychali. Wziąłem więc od niego tę butelkę i wypiłem kilka łyków. Pan od razu się ucieszył - śmieje się Tadeusz Spychalski.

Biegacz, ale i organizator

Dziś torunianin to nie tylko zawodnik, choć biega już mniej, ale także organizator. Co roku setki biegaczy biorą udział w przygotowywanych przez niego zawodach z cyklu Top Cross Torunia, które odbywają się raz na miesiąc na Rudelce. Osobne dystanse czekają na dzieci i na dorosłych, którzy mają dla siebie dystans 6666 metrów.

- Należałem do TKKF, ale nie było chętnych, którzy ciągnęliby dalej Grand Prix Torunia. Uznałem, że mogę się tego podjąć. Pamiętam, jak pomagali mi uczniowie, którzy lubili się czymś wykazać, a ja wystawiałem im potem zaświadczenia do szkoły, że działają przy tych biegach. Zaczynając zwróciłem uwagę na takie proste rzeczy, że zawodnicy mogą przecież przynosić gotowe wypełnione kartki ze swoimi danymi do biura zawodów, gdy chcą się zapisać. Będzie prościej i szybciej niż gdyby każdy miał wszystko wypisywać na miejscu. Niby taka oczywista rzecz, a byłem jednym z pierwszych w Polsce, którzy to wprowadzili. Dziś na Top Crossie w niektórych rodzinach biegnie już trzecie pokolenie - zauważa Tadeusz Spychalski.

Czterysta dwadzieścia maratonów i trzy spartathlony. Tadeusz Spychalski nie zamierza się zatrzymywać
archiwum Polska Press

A własne bieganie? Torunianin wciąż śrubuje swój rekord liczby przebiegniętych maratonów, obecnie wynoszący wspomniane 420 starty. I choć dziś musi już ustępować pola rywalom, wciąż nie zamierza odkładać butów.

- Niestety, głowa nie współpracuje już u mnie z nogami. Jestem jednak w stanie ukończyć maraton biegnąc swoim tempem. Jeżeli więc organizator dopuści mnie z limitem np. siedmiu godzin, to ja wtedy ten maraton w takim tempie ukończę, nawet jeśli będę ostatni. Kiedyś biegałem maratony w trzy godziny i na kolejnych startach spotykałem na trasie tych samych kolegów. Później były już nie trzy, a cztery godziny, więc grupka się zmieniła. Dziś jestem już na końcu, ale nadal biegnę. Są koledzy, którzy mówią, że się ośmieszam. Odpowiadam im, że przychodzą na bieg chyba tylko po to, żeby dołować ludzi. Bywają i tacy, którzy mówią, że już nie biegają, bo są za starzy. Ostatnio pewien kolega powiedział mi jednak, że jak widzi, że ja wciąż biegam, to może jeszcze na Top Crossie wystartuje. I to mi się podoba. Powiedzieliśmy sobie kiedyś ze znajomym, że za nami są przecież ci, którzy w ogóle nie przyszli i nie wystartowali. Ja zatem startuję i biegnę dalej - kończy Tadeusz Spychalski.

Maraton na trasie Top Crossu

27 lipca na Rudelce odbędzie się XXIII Top Cross Maraton im. Jurka Stawskiego. Aby pokonać pełny dystans maratoński uczestnicy będą musieli przebiec 32 pętle. Pamiątkowe medale będą jednak czekały także na tych, którzy ukończą choć jedno okrążenie, dzięki czemu impreza jest zapowiadana jako dobra okazja do startu również dla maratończyków-debiutantów. Tadeusz Spychalski jako główny organizator oczywiście ponownie stanie na starcie i po raz kolejny ukończy maraton.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Sensacyjny ruch Łukasza Piszczka

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nowosci.com.pl Nowości Gazeta Toruńska