Katastrofy lotnicze w przedwojennym Toruniu. Oto szczegóły i zdjęcia

Szymon Spandowski
Szymon Spandowski
Tyle zostało z samolotu porucznika Eugeniusza Guttmejera, który rozbił się w rejonie toruńskiego lotniska w połowie marca 1926 roku Narodowe Archiwum Cyfrowe
Przed wojną samoloty latały nad Toruniem często i niestety bardzo często również spadały. Zdarzało się, że między jedną tragedią a drugą nie mijał nawet miesiąc. Miejsca katastrof mijamy dziś, na ogół nic o dramatycznych wydarzeniach sprzed lat nie wiedząc.

W poprzednim odcinku Kulawy Marian zaklął szpetnie, gdy wchodząc przez płot do ogrodu Kawiarni Wiedeńskiej na Mokrem, potknął się o drzemiącego pod drzewem kota. A nie, to nie ta historia. Poprzednio podążaliśmy tropem wędrujących po Toruniu kapliczek i prawie dotarliśmy do miejsca, w którym rozbił się samolot. Cóż, dziś musimy zrobić brakujący krok. Zanim jednak udamy się na Jakubskie Przedmieście, gdzie w 1927 roku roztrzaskała się wojskowa maszyna, musimy jeszcze na chwilę zajrzeć na Mokre, aby odwiedzić głównego bohatera opowieści sprzed tygodnia, czyli świętego Jana Nepomucena, który od 1857 roku stał w kapliczce na rogu ul. Kościuszki i Olbrachta.

Kapliczka wraz z całym otoczeniem została zmieciona podczas rozbudowy Kościuszki w drugiej połowie lat 70. ubiegłego stulecia. Co się z nią stało? Przy kościele Chrystusa Króla sto i co prawda kaplica z figurą tego świętego, jednak rzeźba z pewnością nie ma 200 lat, a tyle musiał sobie liczyć święty Jan wędrujący. Na pytanie odpowiedział jeden z pochodzących z Mokrego Czytelników. Słyszał, że podczas przenoszenia figura się rozpadła i dlatego została zastąpiona kopią. Bardzo możliwe, że w ten sposób zagadka brakującego Jana została rozwiązana. Tymczasem nad Jakubskie samolot już leci...

"Wczoraj wydarzyła się, jak już zdążyliśmy donieść w części nakładu wczorajszego wydania, na Jakóbskiem przedmieściu katastrofa samolotowa, której ofiarą padł porucznik 4 pułku lotniczego, pilot Zygmunt Duchowski - donosiło "Słowo Pomorskie 22 września 1927 roku, czyli w czasach gdy imię Jakub pisało się jeszcze przez o z kreską. - Nieszczęście wydarzyło się koło godz. 10 minut 40 przed południem, krótko przed silną wichurą, która przy ulewie deszczowej przeciągnęła nad miastem. Śp. por. Zygmunt Duchowski odbywał na dwupłatowcu typu Balilla swój ostatni lot egzaminacyjny. Z jakiej przyczyny nastąpiła katastrofa nie zdołano ustalić. Istnieje przypuszczenie, że samolot wpadł w korkociąg, z którego nie zdołał się wysunąć. Prawdopodobnie z wysokości ok. 400 metrów aparat spadł na ziemię na łączkę obok Bożej Męki koło willi p. Plucińskiego, rozbijając się na drzazgi i grzebiąc pod swemi gruzami zwłoki nieszczęśliwego pilota. O nieszczęściu dała znać pewna kobieta, która przechodząc drogą zauważyła na łączce szczątki samolotu".

Uff, dużo informacji jak na taki wycinek. Zacznijmy od samolotu. Myśliwce Balilla zaczęli podczas I wojny światowej budować Włosi. Po wojnie kilkadziesiąt maszyn trafiło do Polski wraz z licencją na ich produkcję. Z samolotami było jednak sporo problemów, po kilku katastrofach, między innymi śmiertelnym wypadku w Lidzie w czerwcu 1927 roku, zostały wycofane.
Teraz willa. Księga adresowa z 1932 roku pozwala przypuszczać, że chodziło tu o dom inżyniera Piotra Plucińskiego, który urzędował przy Lubickiej 23, ale mieszkał pod numerem 18. Dziś w jego willi jest przedszkole, natomiast w miejscu łączki gęstnieje ponad miarę zabudowa Winnicy. A Boża Męka? Figura stała na terenie pochodzącego z XVII wieku cmentarza benedyktynek, który znajduje się u wylotu Winnicy.

Samolotów kiedyś latało nad Toruniem wiele, katastrof również było więc sporo. W Narodowym Archiwum Cyfrowym jest na przykład zdjęcie opisane jako fotografia z miejsca katastrofy maszyny z 4 pułku lotniczego, jaka się miała wydarzyć w marcu 1926 roku. No tak, to była głośna sprawa, w katastrofie zginął bowiem bohater wojny polsko-bolszewickiej i niedoszły pierwszy dowódca toruńskiej 141 eskadry myśliwskiej.

"W środę 17 marca o godz. 9.30 wyleciał z lotniska 4 p. lotn. w Toruniu por. pilot Eugenjusz Guttmejer na francuskim aparacie 450-konnym Spade - informowało "Słowo Pomorskie". - Po 10 minutach krążenia nad lotniskiem jedno skrzydło nagle obłamało się. Aparat spadł z wysokości ok. 600 metrów w pobliżu wojskowego stadjonu sportowego. Z aparatu pozostała jeno kupa gruzów, ciało pilota zostało zdruzgotane na miazgę. Na miejsce katastrofy przybyły władze wojskowe, które wszczęły dochodzenie celem ustalenia przyczyn katastrofy".

Niecały miesiąc później, 12 kwietnia 1926 roku, na lotnisku znów spadł samolot, tym razem był to dwumiejscowy Potez. Pilot, sierżant Kałużny, został ciężko ranny. Mechanik, plutonowy Wołosiewicz, zginął.

Szerokim echem po kraju odbiła się także katastrofa, do której doszło w kwietniu 1933 roku. Podczas ćwiczeń zahaczyły się o siebie dwa samoloty PWS pilotowane przez por. Franciszka Jastrzębskiego i por. Stefana Zawadzkiego.

"Ok. godz. 10:30, kiedy aparaty obu lotników znajdowały się nad Bydgoskiem Przedmieściem, na wysokości ok. 400 m, przy tzw. „ataku 3/4 z góry z przodu” śp. por. Zawadzki uderzył swoim aparatem w lewe skrzydło aparatu por. Jastrzębskiego, niszcząc je częściowo - relacjonowało "Słowo Pomorskie". - Por. Jastrzębski poleciał dalej i pomyślnie wylądował na lotnisku, natomiast aparat por. Zawadzkiego stracił równowagę i pomimo rozpaczliwych wysiłków pilota nie zdołał jej odzyskać. Po kilku niezdecydowanych ruchach, aparat runął całą siłę na ziemię, spadając na podwórze domu nr 24 przy ul. Reja, na wprost koszar 8 pac. W tej samej chwili nastąpił wybuch benzyny i aparat momentalnie objęły płomienie równocześnie z wielkim łoskotem zawaliła się ściana domu, w którą samolot uderzył".

Zniszczona ściana kamienicy przy ul. Reja 24 została odbudowana. Jeszcze kilka miesięcy temu, spod odpadającego tynku wyraźnie było widać nowsze cegły, pamiątkę po wydarzeniach sprzed 87 lat. W tym roku fasada budynku doczekała się remontu.
Tak, wiele toruńskich budynków, dobrze nam znanych, bądź wciąż jeszcze pamiętanych, było świadkami rożnych niezwykłych zdarzeń. Pięć lat temu, sunący Szosą Chełmińską walec rozbudowy zmiótł dom przy ul. Grunwaldzkiej 1. Był to ceglany jednopiętrowy budynek z charakterystycznym szczytem oraz ogrodem. Niektóre rośliny z tego ogrodu rosną nadal w kilku punktach Mokrego, tuż przed rozbiórką zostały wykopane. Społecznicy, którzy prowadzili akcję ratunkową nie mieli pojęcia, że pracują w miejscu katastrofy lotniczej.

"W poniedziałek 12 bm wyleciał na samolocie z lotniska 4 p. lotnicz. w Toruniu do zwykłego lotu ćwiczebnego jeden z pilotów - donosiło "Słowo Pomorskie 13 stycznia 1931 roku". - Ok. godz. 10.15 gdy samolot znajdował się nad Chełmińskiem Przedmieściem, wskutek zauważonego defektu w motorze, pilot zmuszony był lądować. W chwili lądowania samolot zawadził prawem skrzydłem o szczyt domu nr 1 przy ul. Grunwaldzkiej i opadł w ogrodzie tej posesji. Pilot - st. szereg. Zajączkowski odniósł na szczęście lekkie tylko obrażenia. Samolot został strzaskany, również ściana domu została uszkodzona i cześć dachu zerwana".

Skoro tak sobie latamy po Toruniu, nie możemy pominąć Rubinkowa. Na początku lat 30. nadal było ono osadą położoną poza granicami miasta, w lipcu 1931 roku przeszło jednak do historii polskiego lotnictwa, tutaj doszło bowiem do pierwszej katastrofy w dziejach Polskich Linii Lotniczych LOT.

„W poniedziałek 27. bm. przed południem wydarzyła się pod Toruniem katastrofa samolotu pasażerskiego, odbywającego stałe kursy między Warszawą a Bydgoszczą - informowało „Słowo Pomorskie”. - Był to samolot pasażerski Junkersa, lecący z Bydgoszczy do Warszawy, który codziennie przelatuje nad Toruniem. Gdy samolot znajdował się już za Toruniem, w okolicy Rubinkowa, pilot zauważył defekt w motorze, skutkiem czego musiał wylądować. Podczas lądowania samolot zawadził o druty telegraficzne i spadł na ziemię, rozbijając się doszczętnie. Zdarzyło się to w odległości ok. trzech kilometrów od Torunia, w pobliżu szosy, wiodącej do Kowalewa. W samolocie znajdowali się tylko pilot p. Pecho i jeden pasażer. Obaj wyszli z wypadku cało, jedynie pilot odniósł lekkie okaleczenia. Załodze samolotu pośpieszył z pomocą ćwiczący się w pobliżu oddział 63 pp., którego sanitariusz zrobił skaleczonemu pilotowi opatrunek.

Przejeżdżający w tym czasie do Kowalewa adwokat p. Jezierski z Torunia zaofiarował ofiarom wypadku swój samochód, którym przewieziono ich do Torunia, Przy szczątkach samolotu wartę wystawił 63 pp. Jest to pierwszy w Polsce wypadek rozbicia się samolotu pasażerskiego i dodatku szczęśliwie dla pasażerów zakończony”.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie