Kiedy gasną gwiazdy

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Miało być lekko, a z tygodnia na tydzień robi się coraz bardziej ponuro... No ale trudno w końcu leciuchno pisać o pogrzebach. Niedawno żegnaliśmy Irenę Kwiatkowską - symbol kabaretu, którego już w Polsce nie ma. W tym tygodniu pożegnaliśmy z kolei Elizabeth Taylor - symbol tego rodzaju gwiazd, które też znikają nam z wszechświatowej kultury pop.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/zaluski_mariusz.jpg" >Miało być lekko, a z tygodnia na tydzień robi się coraz bardziej ponuro... No ale trudno w końcu leciuchno pisać o pogrzebach. Niedawno żegnaliśmy Irenę Kwiatkowską - symbol kabaretu, którego już w Polsce nie ma. W tym tygodniu pożegnaliśmy z kolei Elizabeth Taylor - symbol tego rodzaju gwiazd, które też znikają nam z wszechświatowej kultury pop.

Bo Liz Taylor uosabiała wszystko to, czym był hollywoodzki system gwiazd epoki zdecydowanie przedinternetowej. Owszem, wtedy również ówczesne tabloidy i plotkarskie magazyny opisywały do zanudzenia czytelników jej hulanki i kolejne urocze małżeństwa - a miała ich przecież osiem - ale jednak odbywało się to w zupełnie innych warunkach. Przede wszystkim inny był dystans fana do gwiazdy, dla zwykłego śmiertelnika tak naprawdę nieosiągalnej. A dziś, gdy Internet i plotkarskie media nakręcają się nawzajem? Dystans zniknął. No i co to za gwiazda, o której można przeczytać z tysiąc komentarzy, że gruba, głupia i powinna zniknąć na wieki? I którą może sponiewierać, ku uciesze tysięcy poukrywanych za komputerami ludzi, byle frustrat z sieci?

<!** reklama>To zresztą ciekawe, jak potoczyłyby się aktorskie losy Elizabeth Taylor dzisiaj. Była zbyt ładna i zbyt ponętna, żeby dano jej spokój na początku kariery. Pewnie czytałaby o sobie po pierwszym Oscarze, że tak naprawdę jest niezdolna, fatalna i nagrodę dostała z łaski, bo zginął jej mąż, a ona, biedulka, taka sama... Pastwiono by się nad nią, że za mała - miała tylko 157 cm wzrostu - i że nie potrafi przeskoczyć z aktorstwa dziecięcego w dorosłe. Musiałaby mieć piekielnie silny kręgosłup, żeby to przetrzymać. Jeśli przetrwałaby, to potem pewnie ucichłoby na chwilę, bo jej kolejnego Oscara - za „Kto się boi Wirginii Woolf?” - trudno byłoby kwestionować. Zagrała koncertowo. Ale że była wtedy niewiele po trzydziestce i prowadziła coraz bujniejsze życie osobiste, wkrótce dostałaby solidnie po głowie. Sieć pełna byłaby szyderczych filmików - jak się potyka na prostej drodze, jak wypiła drinka za dużo, jak się nie umalowała z rana, jak kretyńsko wygląda jej słynny mąż numer bodajże osiem, czyli Larry Fortensky, jegomość, którego poznała w klinice odwykowej.

Cóż, jak się wydaje, miała szczęście. Ówczesny hollywoodzki system gwiazd dbał o to, żeby lud dyskutował o niej zawzięcie, ale raczej o tym, jaki brylant kupił jej Burton i czy na planie „Kleopatry” udawali sceny miłosne, czy niekoniecznie.

Ale przecież to nie śmierć Liz Taylor obchodzi dziś naszych przaśnych konsumentów kultury pop... Mamy przecież teraz inny superhit tygodnia - trzech misiów z seriali czy innych telenowel podobno łaziło kompletnie pijanych po stolicy, a jeden ryczał sobie „j... psy” do biednych policmajstrów, którzy próbowali okiełznać idoli. Pewnie na misiów ktoś nakrzyczy, ale sława mołojecka ich. No i to są prawdziwe gwiazdy nowej epoki.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie