MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Baśnie Hansa Christiana Andersena i nie tylko. Opowieść o papierowym teatrze i jego twórcy

Daniel Ludwiński
Daniel Ludwiński
nadesłane - archiwum Teatru Miejsca
Teatr Miejsca ze swoimi „Opowieściami papierowego teatru” skradł w ostatnich tygodniach serca torunian. W parku na Bydgoskim Przedmieściu Robert Poryziński wystawił już baśnie Hansa Christiana Andersena, a powoli przymierza się do nowego spektaklu, tym razem o toruńskich legendach. W tej historii nie chodzi jednak tylko o sztukę. Jeszcze ważniejsza jest walka z nałogiem i odmiana swojego życia. Skuteczna.

W połowie maja jeden z występów Teatru Miejsca uwiecznił nasz fotoreporter Piotr Lampkowski. W galerii zdjęć nie brakuje ujęć pokazujących widownię - rzeczywiście liczną i w różnym wieku.

- To bajeczne miejsce Torunia - uśmiecha się Robert Poryziński, twórca Teatru Miejsca. - W przecudownym parku zagraliśmy już kilka razy chcąc zaznaczyć swoją obecność w Toruniu. Razem z moją narzeczoną Darią przeprowadziliśmy się tu niedawno. W Toruniu wciąż jestem kimś nowym, ale jest mi miło, gdy idę ulicą i ktoś mi się kłania oraz macha ręką, bo widział mój spektakl. Ludzie w Toruniu są fantastyczni. Muszę się pochwalić, że są osoby, które na naszych widowiskach były już wielokrotnie i regularnie odwiedzają nas w mediach społecznościowych. Zaczynamy się więc tu czuć bardzo swojsko. Wcześniej mieszkaliśmy w Warszawie, gdzie wynajmowaliśmy kawalerkę na Saskiej Kępie. Potrzebowaliśmy jednak pracowni, a także miasta, z którego mógłbym szybko wyjechać w trasę. Propozycji było wiele, ale wygrał Toruń, o którym wiele razy opowiadał mi Grzegorz Minicz, mój kolega ze szkoły, który przez wiele lat grał w Nocnej Zmianie Bluesa. Magia Torunia przyciągnęła więc także nas. Mamy tu pracownię i myślę, że zostaniemy tu na długo.

Dzień przeprowadzki *

W Toruniu Robert Poryziński jest więc krótko, ale jego przygoda z teatrem lalek sięga schyłkowych lat PRL. Po zdaniu matury bohater tej opowieści szukał pomysłu na dalszą drogę życiową, w szczególności taką, która pozwoli mu na uniknięcie obowiązkowej służby wojskowej. Akurat wtedy okazało się, że jego kuzyn zdał egzaminy do szkoły teatralnej, a namowy na wykonanie takiego samego kroku okazały się na tyle skutecznie, że Robert postanowił pójść w jego ślady.

- Kuzyn powiedział mi, że w październiku będzie dodatkowy egzamin i zachęcił mnie, żebym się zgłosił. Zdałem i dopiero potem przekonałem się, że nie doczytałem nazwy szkoły. To rzeczywiście była szkoła teatru, ale lalek. Ja tej końcówki nie doczytałem, ale w ten właśnie sposób poznałem teatr lalek i się w nim zakochałem, choć oczywiście nie od razu. Na początku, jako 20-latek, nawet nie wiedziałem, że coś takiego w ogóle istnieje. Kojarzyłem co najwyżej „Jacka i Agatkę” z telewizji. Jednym z moich profesorów był Stefan Giełdon, legenda w świecie teatru lalek, ktoś, kto teatr lalek w Polsce budował. Poznałem też wielu innych fantastycznych ludzi, wykładowców z wielu szkół. Dzięki nim pokochałem teatr lalek, jego sposób narracji, możliwość korzystania z lalki, całą historię jej ożywiania i animacji. To była moja wielka miłość. Po powrocie ze szkoły próbowałem pracować w domu kultury. Pochodzę z Płońska, małej miejscowości pod Warszawą, gdzie jednak nie było szansy, żeby robić teatr lalek. Musiałem o tym zapomnieć, bo nie było z tego pensji. Urodziły się moje córki, więc mogłem robić lalki chociaż dla nich. Niestety, nie robiłem tego, bo już wtedy zaczął się mój problem z alkoholem. Moje spotkanie z teatrem lalek zostało przerwane na długie lata.

Widzów na spektaklach nie zabrakło

Baśnie Andersena w parku na Bydgoskim Przedmieściu. Teatr Mi...

Szyjka od butelki

Robert Poryziński nie gryzie się w język. Toruński lalkarz o swoim piciu mówi otwarcie, a im więcej czasu minęło od momentu, gdyż pić przestał, tym bardziej ma świadomość tego, do czego doprowadził alkohol w jego życiu. Tragiczny wypadek oznaczał konieczność odpokutowania swojej winy, co jednak nie mogło przywrócić życia ofierze.

- Przez picie dokonałem bardzo złych rzeczy - mówi wprost. - Zniszczyłem wiele żyć. Jedno dosłownie, bo przeze mnie zginęła młoda dziewczyna. Zniszczyłem też życie swojej byłej żony i swoich dzieci, a także wielu osób, które spotkały mnie po drodze i które do dziś mogą mieć żal, że byłem taki, a nie inny. Gdy dziś o tym mówię, to już nie jest rozdrapywanie ran, bo ja i tak jestem w permanentnym stanie wyrzutu sumienia. Trzeźwienie to proces, który trwa. Im dłużej jestem trzeźwy, tym większy wisi na mnie cień wyrzutów. Kładzie się to także na mój powszedni dzień. Staram się, żeby nie przeszkadzało to mojej nowej partnerce.

W 2010 roku, po wielu latach przerwy, Robert Poryziński znów związał się z Miejskim Centrum Kultury w Płońsku, gdzie zaczął pracować z młodzieżą przy teatrze lalek. Z jego inicjatywy zaczął się odbywać festiwal teatrów lalkowych i ulicznych, brali w nim udział także kuglarze i żonglerzy, bo on sam także nauczył się żonglować. I tym razem do głosu doszedł jednak nałóg.

- Moje picie było już makabryczne. W 2017 roku musiałem podjąć decyzję dotyczącą zmiany mojego życia. Poszedłem na terapię i skończyłem z piciem. Po wytrzeźwieniu i kilku pierwszych miesiącach trzeźwości postanowiłem założyć własną pracownię oraz robić lalki dla innych teatrów i domów kultury. Tak jest do dziś, z tym że zrobiłem też pierwszy własny spektakl. Gdyby nie podjęta w kwietniu 2017 roku decyzja o zmianie życia, nie byłoby szansy, żebyśmy się spotkali i żeby powstał ten tekst, jeśli w ogóle byłaby szansa, żebym dziś jeszcze żył. Mój organizm był już w takim stanie, że to mogła być kwestia tygodni. Przy zmianie mojego życia ważna była jedna rzecz. Albo chcę przerwać nałóg i dotychczasowe życie, albo nie chcę. Nie ma niczego pośrodku. Jeśli chcę, to robię to od razu. Na terapii mówi się, że nie można kogoś namówić na trzeźwość. To nie jest możliwe - ten ktoś sam musi sięgnąć dna. Dla każdej osoby to dno będzie inne - dla jednej, gdy trafi spać pod mostem, dla innej, gdy odejdzie od niego żona, a jeszcze dla innej, gdy straci pracę.

Towarzysz podróży

Poryziński wszedł na drogę trzeźwości, na której towarzyszyła mu praca nad własnym spektaklem. Zakupił rower cargo przypominający rikszę, który stał się dla niego środkiem lokomocji, ale i sceną. Przez ostatnie trzy lata przejechał w Polsce 16 tysięcy kilometrów i wystawiał spektakle w najrozmaitszych miejscach i miastach.

- To ukłon w stronę wędrownych teatrów i artystów, którzy przed wiekami pieszo lub w konnych wozach przemierzali Europę, by opowiadać dzieje rycerzy, kochanków, bogów. To także ukłon w stronę mojego profesora, który w latach 70. i 80. także jeździł rowerem, a wcześniej jeszcze motorem. Chodziło o przemierzanie kraju i opowiadanie historii. Ja robię to samo. Mój rower teoretycznie jest do normalnych dróg, do przejechania dziennie 10-15 km, a ja przejeżdżam nim znacznie więcej. Jest dość ciężki i niewygodny, gdy jedzie się po czymś innym niż prosty asfalt. Nie znosi pochylenia drogi, ale mimo to jedziemy przez cały kraj. Po trzech latach pewne drogi znam już na pamięć.

Dyrektor teatru marionetek

Widowisko prezentowane przez toruńskiego lalkarza pod hasłem „Opowieści papierowego teatru” opiera się, jak mówi sam jego twórca, na konwencji teatru kamishibai, japońskiego sposobu opowiadania za pomocą pokazywania ilustracji.

- Nie umiem rysować, ale biorąc papier do ręki jestem w stanie wygnieść odpowiednią ilustrację lub kształt. W ten sposób powstały ilustracje, które później pomalowała Daria, a ja dorobiłem do nich jeszcze lalki. Moje ilustracje nie są więc do końca rysowane. Przypominają średniowieczny teatr hiszpański retablo. Wieki temu służył on do opowiadania dziejów Męki Pańskiej. Tam też była skrzynka z wyrzeźbionymi elementami, która była po prostu nadstawką ołtarzową - to tak, jak w ołtarzu Wita Stwosza. Takie nadstawki, otwierane i zamykane, są oczywiście znane z bardzo wielu ołtarzy gotyckich. Opowieścią jest już samo ich otwieranie. Mój teatr jest więc połączeniem japońskiej narracji kamishibai z opowieściami wędrownych artystów, którzy wieki temu wyjęli skrzynkę z kościoła i nosili na specjalnym kiju, by otwierając oraz podświetlając odpowiednie rzeźby na jej drzwiach opowiadać historię. Dołączam do tego jeszcze lalki, które się przesuwają. Nie ma tu właściwie między nimi dialogu i dramaturgii - one się pojawiają i prowokują do opowiadania. Taki jest też Andersen.

Baśnie słynnego Duńczyka okazały się dla Roberta Poryzińskiego ważne. W ramach „Opowieści Papierowego Teatru” toruńska publiczność mogła obejrzeć spektakl oparty właśnie na twórczości Hansa Christiana Andersena. Poryziński nie ogranicza się jednak do najbardziej znanych baśni, bo zna opowieści Andersena bardzo dobrze i może wybrać także te, z którymi odbiorca najprawdopodobniej jeszcze się nie spotkał.

- U Andersena rzadko są dialogi. Andersen nie jest zresztą do końca dla dzieci. Żeby poznać Andersena należałoby poznać jego życie. On sam mówił, że nie wymyślał swoich baśni - czy raczej przypowieści, bo dla mnie to często nie są baśnie - tylko spotykał w życiu pewne postacie. Następnie wprowadzał oczywiście do tych historii magię i grozę. Andersen jest niesamowity. Poprzez płaskorzeźby i piękne ilustracje chcę pokazywać jego baśnie. Mam też drugą skrzynkę, w której formalnie lalek nie ma. Daria namalowała 12 metrów ilustracji do „Latającego kufra”. To akurat bardziej znana baśń i ja też tę historię opowiadam. Robię teatr tam, gdzie jestem. Zamieszkałem w Toruniu, więc chcę tu prezentować baśnie Andersena. Obecnie jestem jednak w rowerowej trasie teatralnej. Wyjeżdżam na całe tygodnie, potem na chwilę wracam, i zaraz znowu jadę dalej. Torunian już teraz zapraszam na następne jesienne opowieści Andersena. Będę szukał baśni, których na pewno nie znacie.

Wszystko na swoim miejscu

Gdy Robert Poryziński przyjechał do Torunia, szybko postanowił przekonać się, jakie legendy są popularne w naszym mieście. W trakcie redakcyjnej wizyty w pracowni przy ulicy Sukienniczej mogliśmy się przekonać, że na zwykłym poznaniu legend się nie skończy. Nowy spektakl będzie poświęcony właśnie toruńskim opowieściom.

- Wiele osób, które poznałem w Toruniu, to zawodowi przewodnicy. Opowiadają o swoim mieście z wielką pasją, a ja uwielbiam słuchać ludzi, którzy mówią w taki sposób. Poznałem więc toruńskie legendy, a one bardzo pasują do mojego sposobu narracji. Zrobiłem już ilustracje i lalki do legend, a Daria nakłada na nie teraz barwy. Zapraszam więc na toruńskie legendy, które też są fantastyczne. Mam już swoje ulubione - zacząłem od tworzenia lalek do opowieści o flisaku, przypominającej historię o szczurołapie z Hameln. Spotkałem się już z różnymi jej wersjami. Legendy przecież żyją - kończy Robert Poryziński.

Informacje o planowanych spektaklach Teatru Miejsca można śledzić na bieżąco w mediach społecznościowych na teatralnych profilach na Facebooku i Instagramie. Najbliższy z nich już w sobotę 8 czerwca o godzinie 19:00 w amfiteatrze parku na Bydgoskim Przedmieściu.

* śródtytuły są tytułami baśni Hansa Christiana Andersena

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Robert EL Gendy Q&A

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nowosci.com.pl Nowości Gazeta Toruńska